| część 1 | część 2 | część 3 |
Mapa Europy włożona jest między kartki notesu – tego samego notesu, w którym to w ubiegłym roku, wspólnie z Januszem złożyliśmy podpisy przy słowie MALTA… Pamiętam zapewnienia i zapał Dudusia, jaki towarzyszył mu podczas tego „ślubowania”. Było dla mnie oczywiste, że gdyby ta wyprawa rzeczywiście doszła do skutku to, kto jak kto – ale Janusz na sto procent z nami pojedzie. Podczas długich jesienno-zimowych wieczorów, często rozkładałem tę mapę na podłodze, zerkając przy okazji na złożone autografy i „chciwie” wpatrywałem się w niewielki punkt, położony na Morzu Śródziemnym pomiędzy Sycylią, a wybrzeżem Tunezji – tak to Malta. I tak już zostało…
dzień 1 - 11.06.2005
Od rana ciężkie chmury przetaczają się po niebie. Motorek
wyprowadzony z garażu już o siódmej, chociaż wyjazd zaplanowaliśmy na 9-tą. Raz
jeszcze sprawdzam czy wszystko zapakowałem i czy należycie zostało przymocowane. No niby gra.
Mam jeszcze sporo czasu, a więc myślami wybiegam do przodu – jak to też nam we
dwójkę uda się ta wyprawa? Zaledwie kilka dni temu miało nas być pięciu, potem
czterech, no a w ostatniej chwili – po rezygnacji Dudusia – zostaliśmy już tylko
my dwaj. Co prawda znamy się dobrze i jak dotąd zawsze docieraliśmy do celu
wypraw, a więc i tym razem powinno być dobrze, ale czy faktycznie tym razem
wszystko będzie szło tak gładko? Przecież mamy ogromny szmat drogi przed
sobą. Takie dziwne myśli raz po raz przypałętywały się do mnie, ale mimo to
miałem dobry nastrój no bo w końcu dzisiejszy dzień jest dniem wyjazdu!!! Robię
ostatnie pociągnięcia szmatką po niklach i wreszcie słyszę z daleka „furgotanie
Krasnalowej Jamaszki” – o dziwo – PRZED dziewiątą!!!
A więc tym razem Krasnal wyjątkowo nie spóźnił się i jest na czas na
Nadbrzeżnej 15. Witamy się serdecznie i dowcipkujemy o tych, którzy z nami nie
jadą. Nagle miła niespodzianka, bo oto przybywają (samochodami niestety)
kolejno – Dziadek Tomek (mój tato), Solek, Duduś, a także brat Tadek z
Lubomierza. Miło się nam zrobiło, że jednak chłopakom chciało się w sobotę tak
wcześnie wstać, aby nas pożegnać. Rozmawiamy i żartujemy sobie jeszcze kilka
minut, potem serdeczne uściski „na misia”, braterskie poklepyw
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Dziwnie jakoś mnie ta natura skonstruowała, bo zamiast spać
„do oporu”, to budzę się przed piątą rano i koniec sp
![]() |
Po kilkudziesięciu minutach wracam bo czas upływa i trzeba wreszcie jechać, a ten tam pewnie jeszcze nie śpi. O!!! – Jakież zaskoczenie! Krasnalisko już przy stole wcina śniadanko – no, no, noooo. Dosiadam się więc do niego i omawiamy plan dzisiejszego dnia – cel włoska Genua. No tak – plan planem, a tu znów siąpie z góry. Trudno, przecież i tak nie mamy wyboru, a więc pakowanko, zapłata za nocleg i wsiadamy na sprzęty. Przed nami kolejno Austria, Księstwo Lichtenstein i Szwajcaria. W tej chwili na masztach Marudera wiszą tylko flagi Polski (ta musi non-stop wisieć) i Niemiec, ale już za parę kilometrów trzeba będzie tę niemiecką zmieniać na następne, a tu leje na głowę. Granice tych alpejskich krajów niemal stykają się ze sobą dlatego też uznałem, że najlepiej będzie jak założę wszystkie na raz i też będzie piknie. Na prawym maszcie pozostawiam więc niemiecką flagietkę i dokładam jeszcze austriacką oraz Lichtensteinu, a na lewym obok polskiej zawieszam szwajcarską – ot i problem rozwiązany. Dojeżdżamy do Austrii. Tu trzeba wykupić winietki, a przy okazji chwilka przerwy i czas na łyk kawusi. Po kwadransie jedziemy dalej i robi się ciekawie, bo oto przed nami tunel – no niby nic nadzwyczajnego ale ten skubaniec miał chyba z 8 kilometrów!!! Nasze motorki tak głośno warczały z „dodatkiem echa”, że ci co jechali za nami normalnie zwalniali bo huk był nie do zniesienia. A co? – Nie stać nas?! – hehehehe. Potem jak nas wyprzedzali to się tylko uśmiechali i mimo wszystko pokazywali znak kciukiem do góry – to było bardzo miłe. Już sobie wyobrażam co byśmy w Polsce usłyszeli z okien samochodów – aż ciarki przelatują. Ale nic to, Austria szybciutko się kończy i już jesteśmy w stolicy Księstwa Lichtenstein – Vaduz. Tu dosłownie robimy kilka fotek bo wciąż pada i obiektywy mokną.
Podczas ponad
godzinnego przechadz
![]() |
![]() |
![]() |
No tak. Cóż w takiej chwili można było więcej powiedzieć? Jak to co? Wiadomo – normalne zawołanko – A co? Nie stać nas?! – hihihi. No i poszli my na tę rzeź – hehehe. Zmrożone buźki, sztywne paluszki, kryształki zamarzniętego deszczu kłujące w policzki – ale za to jakie przeżycie! Ech – nikt nam tego nie odbierze!!! Najtrudniej było na samym szczycie Przełęczy Św. Bernarda, bo asfalt był straszliwie śliski ale powolutku „na paluszkach” zjechaliśmy szczęśliwie na sam dół. A na dole od razu CIEEEEPLEJ!!! Hurrrrra!!!! Teraz już całkowita zmiana pogody, nastroju. Nawet nie spodziewaliśmy się, że tak szybko dojedziemy do Włoch. Mijamy granicę i w te pędy zbliżamy się do śródziemnomorskiego wybrzeża – konkretnie do Genui. Mija jeszcze trochę czasu i mamy przed sobą MORZE I PALMY!!! Ależ pięknie!
![]() |
![]() |
Widok
zgoła radośniejszy niż – jeszcze przed kilkoma godzinami –
śnieg przed oczami.
Przejeżdżamy jeszcze kilka kilometrów wzdłuż brzegu aż w końcu
zatrzymujemy się
w małym portowym miasteczku i przysiadamy w knajpce, aby rozgrzać
żołądki
chmielową zupką. Przy okazji pytamy miejscowych o jakieś
zakwaterowanie. Co prawda
nie jest jeszcze późno ale dalej już dzisiaj nie pojedziemy, bo
cel kolejnego
etapu tzn. brzeg Morza Śródziemnego – został osiągnięty.
dzień 3 - 13.06.2005
Kto obudził się pierwszy? Wiadomo. No jak można spać, gdy ptaki nawołują się śpiewem, gdy słonko budzi się żółtawym blaskiem, gdy za oknem słychać szum morza. A niech tam Marcin jeszcze sobie śpi – ja wstaję, wezmę jakąś szmatkę, wiaderko z wodą i przetrę sprzęcik z tego brudnego osadu po tych deszczach niemiecko-szwajcarskich. Tak też zrobiłem i od razu mój nieoceniony motorek zaimponował świeżym blaskiem lakieru i lustrzanymi niklowanymi elementami swojej karoserii. Lubię gdy tak lśni – on też się wtedy pewnie cieszy, bo wszystkie dziewuszki chcą na nim siadać – hehehehe. Robota skończona – wracam do pokoju. Wreszcie mój kompan się wygramolił z pościeli i zeszliśmy na dół zasiąść do stołu. „Nasza” Elwira natychmiast pojawiła się przy nas i dogadzała coraz to nowszą propozycją śniadaniową. Starsza pani – właścicielka hotelu – a za razem jej szefowa, także nam towarzyszyła i czuliśmy się w gronie przemiłych dam znakomicie. Czas upływał na sympatycznej rozmowie i choć żal było się stąd ruszać – w końcu nadeszła najwyższa pora aby zbierać się w dalszą drogę. Wymieniliśmy adresy, zrobiliśmy pamiątkowe fotki i pożegnaliśmy się.
![]() |
Jedziemy dalej. Pogoda piękna, ciepło, humory doskonałe – żyć nie umierać!!! Po drodze wzdłuż brzegu morza przystajemy na krótkie chwile aby nacieszyć oczy i porobić fotki – a w serduszkach jedynie radość, radość, radość. Właśnie w czasie jednego z tych przystanków zagadnąłem Krasnala aby może nie wracać znów do Genui (stamtąd planowaliśmy wypłynąć promem na Korsykę), ponieważ stąd jest już bardzo blisko do francuskiej Nicei i zapewne z tego portu także coś będzie płynąć na tę wyspę – w końcu Korsyka to francuska wyspa, a nie włoska. Liczyłem też na to, że po drodze moglibyśmy jeszcze „zaliczyć” kolejne państewko czyli niewielkie Księstwo Monako. No nie bardzo się to Krasnalowi podobało, ale i nie upierał się zbytnio żeby nie jechać – dał mi tylko jeden warunek. Mianowicie zapowiedział, że jeśli mam flagietkę Monako to się zgodzi. Ożesz kurna-olek!!! No fakt – nie dość, że takiej nie przewidziałem takiej możliwości przed wyjazdem, to przecież nawet nie pamiętam jak taka flaga wygląda i na 100% nie zamawiałem jej we „flagietkowej firmie” w Bielsku. No tak – czuję, że mi Monako przeleci koło nosa, ale jakoś nie dawało mi spokoju z tymi barwami narodowymi „stolicy hazardu”. Myślę sobie – najwyżej namaluję coś na kartce papieru podobnego do tej flagi i „wykiwam” kolegę, ale najpierw biorę mapę Europy, żeby zobaczyć co właściwie powinienem namalować. Nagle mało oczy nie wypadły mi z orbit!!!! HAHAHAHAHA!!!! No coś niesamowitego – jak ją zobaczyłem to o mało nie wybuchnąłem ze śmiechu i ze szczęścia!!! Toż ona jest identyczna jak polska tyle że „do góry nogami” – hihihihi!!! Jeszcze przed wyjazdem z domu wziąłem dwie polskie flagietki, z uwagi na fakt, że jeśli jedna w połowie trasy bardzo się pobrudzi to założę świeżą – a tu masz ci los - przydały się obydwie jednocześnie i to jak BARDZO!!! Mam!!! - Mam Krasnallusie monakijską flagę i nic już nie masz do gadania! – Jedziemy do MONAKO!!!
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Faktycznie jak to zobaczył to normalnie zbaraniał (podobnie jak ja parę minut wcześniej) i znów było nam wesoło i zarombiście!!! To był kolejny przejaw szczęścia. Oj dobrze było popatrzyć na ten przepych i bogactwo jakie „panoszyło się” dookoła. Wypiliśmy sobie po piwku, nacieszyliśmy oczka, zaglądnęliśmy do kasyna i pojeździliśmy po tym państwie-mieście, a potem skierowaliśmy się na San Remo. A co?! – Być tak blisko i nie przejść się po Alei Gwiazd? Nas nie stać?! – To kogo ma być stać!!! No i jak pomyśleli – tak zrobili. Fajnie, fajnie, fajnie nam się dzieje. Ledwie trzeci dzień nastał, a już tyle wrażeń i frajdy. Jak tak dalej pójdzie to w końcu ocipiejemy z nadmiaru szczęścia!!! – Hihihi.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Trzeba więc coś zrobić aby ugasić gorącą falę radości, ale pytanie – jak i czym to zrobić? Odpowiedź – oczywiście najskuteczniej gorąc gasi się – PIWKIEM!!! Hehehe. No dobrze. Zrywamy się dalej bo przecież trzeba nam do Nicei, aby sytuację z promami rozeznać. Licho wie o której odpływają (z Genui było wiadomo, ale kto by przypuszczał, ze plany tak się pięknie rozpirzą – hihihi). Ale przecież tak na dobrą sprawę to myśmy konkretnych, sztywnych planów w ogóle nie mieli, bo jak mawia mój kompan: „najlepszy plan, to brak planu”. Przekonałem się wielokrotnie, że to święta racja i luz totalny gwarantowany. Jedziemy więc spokojnie do Nicei i już. Absolutnie bez pośpiechu docieramy do portu i po posiłku rozglądamy się za terminalem. Przy okazji cykam fotki na prawo i lewo. Ładna mieścina z tej Nicei. Jest około 14-tej, gdy wreszcie dowiadujemy się o terminach i godzinach odpływania promów na Korsykę – naszą „pierwszą” wyspę i morską przygodę. No tak – dzisiaj niestety już nie popłyniemy – dopiero jutro rano, a więc spanko we Francji kontynentalnej. Ale co to za problem? – Dla nas? ŻADEN problem!!! Nas nie stać? Mamy do wieczora dużo czasu, no to sobie pospacerujemy i co by kosztów nie zawyżać – poszukamy miejsca na namiociki – w końcu bez potrzeby ich nie zabieraliśmy. Najpierw jednak spacerek i rzut oka na prom oraz terminal, z którego jutro odpłyniemy.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Wieczorem podjechaliśmy na stację benzynową otoczoną
sporym trawnikiem i to zupełnie nas zadowoliło, tym bardziej, że
znów zaczynało kapać z nieba i zerwał się niesamowicie silny
wiatr. Marcin szybko ustawił namiot i „uderzył w kimę”
– ja postanowiłem przeczekać do rana pod zadaszeniem
„CPN-u” bez rozstawiania namiotu.Ależ wiało!!! Do tego
ulewa jak czort – nie mogłem nawet na moment przymknąć oczu,
„leżąc” na siedzeniu motorka. Wstawałem co chwilkę i
łaziłem wokół stacji. Dziwna rzecz – do około drugiej w
nocy – ruch w mieście jak w pełni dnia, dopiero znacznie
później poznikali gdzieś ludziska, a częstotliwość
przejeżdżających samochodów na ulicach – zdecydowanie
osłabła. Teraz wyraźniej słychać było pochrapywania Krasnala (upiera
się że w ogóle nie chrapie – hihihi). Noc mijała, a ja nie
zmrużyłem oka nawet na 5 sekund. Zaczynało widnieć.
dzień 4 - 14.06.2005
Ponieważ prom na Korsykę odpływał o siódmej rano, na terminalu należało zameldować się już o 6-tej. Poranek nie był obiecujący. Ku mojemu zmartwieniu na niebie wciąż utrzymywały się ołowiane, ciężkie chmury, z których od czasu do czasu spadała ta mokra, bezbarwna ciecz. Cholera! A było już tak pięknie. No trudno – popłyniemy niżej na południe i może w końcu gdzieś tam zrobi się pogodniej i to na dłużej. Teraz jednak zwijanie „domostwa” i wyjazd do portu. Wjeżdżamy do tej rozwartej paszczy naszej łódki i mocujemy motorki w ładowni.
![]() |
![]() |
![]() |
Wreszcie po chwili rozpoczyna się nasza pierwsza morska podróż. Teraz będę mógł wreszcie odespać nocne niewygody – uffff. Jeszcze tylko przez moment spojrzę w dal za zanikającym zwolna brzegiem lądu i morską – kłębiącą się jak moje myśli – pianą. Ależ pięknie się spało. Co lepsze – po przebudzeniu – miła niespodzianka – słoneczko zaczyna przebijać się przez chmury i robi się cieplutko – ymmmm – jak miło. Po kilkugodzinnym rejsie dobijamy do brzegu wyspy. W takim razie nic nam nie zostaje jak „biegusiem” zbiec po motorki do „brzucha promowego” i wyjechać na stały grunt. Zobaczmy no jak tam nas ta Korsyka przywita. Eeeee!!!! SUPER!!!! Proszę spojrzeć.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ładnie – nieprawdaż? Na tej plaży – niemal pustej – zostawiliśmy motorki, ubrania i wykąpaliśmy się wreszcie w cieplusieńkim Śródziemnym Morzu. Jest wczesna godzina – dopiero 14-ta, a więc jeśli będziemy mieli farta, to szybko dojedziemy do południowego skrawka Korsyki (jakieś 250km) i być może uda nam się z marszu łapnąć na kolejny prom – tym razem na Sardynię. Obydwie wyspy dzieli zaledwie około 50 km wody, a więc są bardzo blisko siebie i zapewne promy pomiędzy nimi kursują często. Tymczasem jednak relaksujemy się raz kąpielą, raz piwkiem, raz frykasami z miejscowej kuchni, a także widoczkami, przyrodą i ciepełkiem. Nie sposób z resztą ująć słowami tego co nas cieszy, czym się zachwycamy i czym relaksujemy dokładnie, ponieważ sam fakt przebywania w tym miejscu, a także perspektywa dojechania do nowych – coraz to innych, cudownych i dalszych miejsc – sama w sobie jest wystarczająco piękna i niesie nas na tej swojej – niewidocznej gołym okiem – fali radości. Ech. Cóż za wspaniałe uczucie. Nawet nie wiadomo kiedy minęła nam droga przez całą Korsykę. Zatrzymujemy się na południowym cyplu w miasteczku San Bonifacjo, a tu kolejny przejaw „fuksa” – za 2 godziny wypływa prom na Sardynię! I to jest TO!!! Jest jeszcze pełnia dnia, a więc znów okazja do zwiedzania i robienia zdjęć.
![]() |
![]() |
Cały czas mam wrażenie, że jestem wśród życzliwych i serdecznych ludzi, ponieważ co chwilkę ktoś do nas podchodzi i chętnie rozmawia, pyta z zaciekawieniem o to skąd jesteśmy i z podziwem kręci głową, traktując nas jak jakichś wyczynowców, a my po prostu jedziemy sobie w świat na motorkach. Jednak nie ma co ukrywać, że te miłe spotkania są bardzo, bardzo uskrzydlające – wręcz budujące. Nie pamiętam już ile browarów rozłożyliśmy na czynniki pierwsze tego popołudnia i wieczoru, ale mając bileciki w kieszeni – cieszyliśmy się ze „zdwojoną energią” z kolejnego w tym dniu rejsu. Prom linii MOBY LINES podpłynął z znienacka i po cichutku. No cóż – drugi „okręt” w ciągu jednego dnia stoi oto przed nami i zaprasza „na pokoje”. Nie ma co – jak zabawa to zabawa! Wjechaliśmy do środka, a z pokładu cykamy kolejne pamiątkowe fotki. Boże!!!
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Gdzież ja te fotki powklejam po wywołaniu, a toż to dopiero początek wyprawy! Rozmarzyłem się po raz kolejny nie tylko z powodu posiadania pięknego i bezawaryjnego motorka ale także – a może raczej przede wszystkim – z powodu możliwości podróżowania i doznań jakich dzięki temu mam okazję przeżywać. Wielce bogaty w wydarzenia jest ten dzisiejszy dzień. Jeszcze „przed chwilką” byliśmy w Nicei, później przepiękna Korsyka, a tu już widać na horyzoncie kolejną wyspę – oto Sardynia. Zaczyna gwałtownie się ściemniać, a my dopiero wjechaliśmy do miasteczka Santa Teresa i zastanawiamy się na rynku przez może dwie – trzy minuty gdzie tu o jakiś nocleg pytać, gdy nagle – ni stąd ni zowąd podchodzi do nas para młodych ludzi i zagaduje po słowacku. Ale fart!!! Jak się okazało to – Miro i Marta – Słowacy będący tu od trzech dni. Mają już doskonałe rozeznanie w sprawie noclegu – hurrraaaa!!! Prowadzą nas pod hotelik, w którym sami mieszkają i proponują wspólny wieczór po naszym rozlokowaniu się.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Rozstajemy się na
kilkadziesiąt minut. Szybki prysznic – ładowanie komórek i
baterii do aparatów, a potem świeże łaszki na siebie i idziemy
do miasteczka. Spotykamy naszych przyjaciół w „piwnym
ogrodzie” i tak szczerze mówiąc to nie wiem do
której gaworzyliśmy przy suto zastawionym stole. Koniec imprezy.
Dziarskim krokiem – choć nie całkiem marszowym (hehehehe)
dotarliśmy weseli do hotelowego pokoju. Jak widać – Krasnal
MUSIAŁ jeszcze coś opróżnić przed zaśnięciem – ten to ma
zdrowie!!! – Hihihi. W ten sposób zakończył się kolejny
WSPANIAŁY dzień – dzień czwarty.
dzień 5 - 15.06.2005
„Poranny ptaszek” – wiadomo kto – już na nogach od piątej. Bezszelestnie wychodzę na balkon i przyglądam się okolicy – ależ tu ładnie. Inna niż u nas zabudowa, inna roślinność, nawet ptaki których nazw nie znam. Postanowiłem pójść na spacer aby zobaczyć to wszystko z bliska. Przechodząc obok miejsca, w którym nie dalej jak przed kilkoma godzinami urzędowaliśmy z naszymi słowackimi znajomymi, uśmiechnąłem się znacząco. Teraz jest tu zupełnie cicho, nie ma kolorowej iluminacji, nie słychać muzyki i naszych gromkich śmiechów, no a przede wszystkim na stole nie ma ani jednej butelki. Pewnie Miro z Martą także jeszcze „pokutują” po wczorajszej imprezie – no ale cóż – mogli sobie zamawiać Coca-Colę hihihi. Senny poranek w Santa Teresa z wolna zaczynają rozbudzać silniki aut i tych małych dwusuwowych „bzyków” bez których Włosi chyba nie potrafili by żyć. A niech to czort! – Nie zabrałem na ten spacer aparatu, ależ szkoda. Trudno – najwyraźniej jedno z miasteczek poznanych na trasie wyprawy, nie zostanie uwiecznione na fotkach ale przecież przed nami jest jeszcze ich wiele. Chyba wszystkimi uliczkami zdążyłem się nachodzić, a tu jeszcze siódmej nie ma i nawet kawy nie mogę sobie nigdzie kupić (a pić się chce – upsss). Nie ma co, wracam do naszego hoteliku – dobra i „kranówka” gdy pragnienie doskwiera. Idę więc wąskimi, krętymi uliczkami wzdłuż domostw z których jednak już zaczynają wysnuwać się zaspani ludziska – pewnie do ROBOTY. Jeszcze tylko kilka kroków przez ryneczek i ostatnia prosta w kierunku hotelu. Dopiero będąc całkiem blisko wejścia, zauważyłem nasza hotelowa kawiarnia jest już czynna! No proszę! – Jakaż miła niespodzianka!!! Nie ma to jak „w domu” – hihihi. Wesoła kelnerka zauważyła ze się zbliżam i od progu zaprasza do środka. Z uśmiechem grzecznie pyta jak się spało i czy coś podać – oczywiście, że podać (dobrze, że nie krzyknąłem). Zamawiam kawkę i po kilku łyczkach jestem jak nowy. Rzut oka na zegarek – wpół dziewiątej. Koniec spania Krasnalu – idę po ciebie. Co by nie zbyt brutalnie wybudzić śpiocha, staram się nie robić zbyt wielkiego hałasu, tylko tak niby przypadkiem upadają mi dwie bateryjki na podłogę, które celowo niezgrabnie wkładam do aparatu – hihihi. Poskutkowało – zaczął głośno ziewać. Biorę więc aparat, wchodzę na balkon i zdołałem jednak zrobić kilka zdjęć na najbliższą okolicę Santa Teresa. Teraz już potoczyło się szybko – śniadanie, pakowanie i po pół godzince siedzimy na motorkach. Pogoda super, humory jeszcze lepsze – tylko jechać. Przed nami jakieś 350 km do południowego cypla wyspy (miejscowość Cagliari), skąd mamy zamiar zaokrętować się do Trapani na Sycylii, czyli trzeciej już wyspy w drodze na Maltę. Raz nad samym morzem, niekiedy przez wysokie góry ale wciąż jednostajnie na południe.
![]() |
![]() |
Wdychać to czyste powietrze, czuć pęd wiatru, odbierać zmieniające się zapachy i szeroko rozglądać się na lewo i prawo w pełnej euforii, to jest zupełnie nie pojęte dla kogoś kto nie podróżuje motocyklem. Brak słów i czasu na opisywanie – trzeba samemu przeżyć. Nawet w tej chwili gdy piszę te słowa – niemal czuję że wciąż tam jestem i jadę. Dobra, dobra – znów się Dusza rozmarzyłeś. Jazda jazdą, ale zjeść też coś po drodze trzeba. A po chwili znów przed siebie.
![]() |
![]() |
![]() |
W końcu jesteśmy na miejscu – Cagliari. Pierwsza, najważniejsza rzecz to zdobyć informację co do rozkładu promów – a zatem kierunek – terminal portowy. Hmmm. Przykra niespodzianka, na miejscu okazuje się, że nie możemy „z kopyta” płynąć na Sycylię. Prom do Trapani – sycylijskiego miasta, do którego mieliśmy zamiar dziś dotrzeć – odpływa dopiero za pięć (!!!) dni. Co robić? Szybko mapa do ręki i szukamy innych możliwości. Hmm – można by spróbować zorientować się jakie są szanse na przykład do Palermo. Pytamy „panienki z okienka” jak taka ewentualność wygląda a ona na to, że pojutrze można płynąć. BINGO!!! A co to nie stać nas dwóch dni na Sardynii sobie spędzić?! Hehehe. Teraz już wszystko jasne – po bilety mamy zgłosić się w dniu wypłynięcia promu, a więc rozglądamy się teraz za jakąś „chałupką”. Wracamy do centrum Cagliari, aż tu nagle – w trakcie przejazdu przez jedną z ulic tego miasta, Krasnal zauważył kątem oka napis na słupie: „Bed&Breakfast”. Daje mi ręką znak do zatrzymania się i powiada, że to w dosłownym tłumaczeniu: „łóżko + śniadanko”. A czegóż nam więcej trzeba?! – Jedziemy zatem obadać to miejsce. Nonieeeee. LUKSUS!!! Willa jak się patrzy!
![]() |
![]() |
![]() |
Mamy obawy czy to niezbyt „wysokie progi” jak na nasze kieszenie, ale witająca nas, uśmiechnięta pani oferuje bardzo przyzwoitą cenę – aż się zdziwiliśmy, że tak taniuchno. Wkrótce okazuje się, że ona także śmiga motorkami i ma nas za swojaków – fart!!!!!!! Szybko się zadomawiamy i siedząc w cieniu palm czujemy jak nam dobrze. Był jeszcze popołudniowy spacer nad morze i do sklepu. Jakaś kolacyjka była o tej porze jak najbardziej wskazana – no nie da się nie jeść – niestety. Sporośmy się nadźwigali tej „kolacji” – hihihi. Ale za to na 100% będzie pyszna!!! Wracając z zakupów fotografuję kilka okazów miejscowej roślinności. Wreszcie mogłem się z bliska przyjrzeć najprawdziwszym cyprysom.
![]() |
![]() |
Zmrok
zapada szybko. Dobrze, że jesteśmy tuż przed domkiem i już za moment
spałaszujemy zakupione „żarełko” na świeżym powietrzu.
Potem tradycyjnie prysznic, wślizg pod kołderkę i zamykamy oczka. Zanim
zasnę – długo jeszcze będę „widział” pod powiekami
dzisiejszy odcinek niezwykle malowniczej i jakże pogodnej trasy.
Dzisiaj mamy totalną labę. Rano czeka na nas śniadanko przygotowane przez Robertę – naszą gospodynię. A potem w planie plażowanie. Marcin coś nie bardzo przepada za leżeniem na słońcu ale ja owszem – tak. Lubię patrzeć na kołyszące się morze i słuchać szumu jego fal. Niewiele zabrałem ze sobą nad wodę – dwa ręczniki, aparat, piwko i trochę „ichniego grosza” – tak na wszelki wypadek. Taaaaak, teraz będę się „byczył” do samego wieczora – hihihi. Ciekawie tu jest nie ma co. Rety! Ta meduza waży chyba ze 6 kilo! Po godzinie Marcin dołącza do mnie i już razem spacerujemy wzdłuż brzegu plaży – a słońce i tak „swoje robi”.
![]() |
![]() |
![]() |
Na przystani jachtowej pakuję się na łódkę jakiegoś wesołego Japończyka i pamiątka gotowa. Ech – ci Japończycy – wszędzie ich spotykamy. Wiadomo o co chodzi, kto ma „eci-peci” – podróżuje. To „PRAWIE” tak jak my. A co?! Nie stać nas?! Hihihi. Dobrze, ze wziąłem ze sobą kilka groszy – kupiłem Grześkowi daszek na głowę "prosto" z Jamajki – hihihi. Podsmażeni i zadowoleni wracamy do domu, aby pogadać z Robertą i jeszcze troszkę „dopiec się” na ogródku, a także przetrącić małe co nieco.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Aura jak marzenie. Marzenia także jak aura – żyć nie umierać. O! Jest i Roberta. No to sobie porozmawiamy teraz o jej motokrosowych wyczynach – ten temat jest przecież nam szczególnie bliski. Jak się okazuje, Roberta zdobyła wiele nagród i posiada wspaniałe sukcesy na swoim koncie. Uuuu-la-laaaa nabieramy pełnego szacunku – ona jest byłą mistrzynią (czy może wice?) Włoch!!! W garażu, gdzie stoi jej motorek, pełno jest pucharów, pamiątkowych tablic i fotografii z różnych zawodów. Aż miło spojrzeć na dziewuszkę co w oczach ma łzy, gdy opowiada z zapałem o swoich startach i wyczynach na torze krosowym. Do wieczora nam zeszło na podwórku przy piwku i rozmowie. Długi to był dzień i jak każdy poprzedni – wniósł wiele nowego do naszej - jakże cudownej wyprawy.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Zapomniałem jeszcze dodać na wstępie,
że Roberta prowadzi swój pensjonat wspólnie z Anną
(niestety nie dała się sfotografować), a w czasie naszego pobytu,
mieszkała u nich również znajoma z Belgii – Anuke (także
uciekała przed obiektywem). To właśnie z tą Belgijką rozmawiałem po
niemiecku, ona z kolei tłumaczyła na włoski, a tym samym wymiana zdań
przebiegała bez problemu – czyż to nie jest kolejny fart?! Już po
raz kolejny w życiu kłaniałem się (w myślach) nisko mojemu
nauczycielowi języka niemieckiego z liceum. Dzięki ogromne Panie
Uljasz!!! A jeśli już nadmieniam o znajomości języków obcych, to
właśnie niemiecki i rosyjski (przydatny w Bułgarii i Serbii) –
„były moje”, a przydatny wszędzie angielski –
Marcina. Nie mieliśmy żadnych problemów z porozumiewaniem się z
miejscowymi mieszkańcami, podczas trwania całej wyprawy. Jutro trzeba
by wstać wcześniej i wyskoczyć do portu po bilety co by nam kto
przypadkiem nie wykupił. Prom co prawda odpływa dopiero o 20-tej, ale
lepiej mieć „kwity” w kieszeni. Z Robertą dogadaliśmy się,
że zostawimy u niej bagaże, a jak wrócimy z biletami to sobie
jeszcze pójdziemy na plaże i dopiero po południu spakujemy
manele i pożegnamy się. Oczywiście zgodziła się. Skoro tak – to
spokojnie marsz do łóżek!!!
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
| część 1 | część 2 | część 3 |