W miejscu tym zaczyna się historia dwóch
Przyjaciół, którzy w czerwcu roku 2006, postanowili zmierzyć się z
trudami motocyklowej wyprawy przez drogi i bezdroża wiodące z
miasteczka Bogatynia na krańcach południowo-zachodniej Polski, poprzez
Niemcy, Francję Hiszpanię oraz Portugalię aż do Cieśniny
Gibraltarskiej, skąd promem wypłynęli w kierunku marokańskiego portu
Tanger. Dnia 18.06.2006 osiągnęli cel podróży w chwili, gdy zjechali z
pokładu promu na swych niezawodnych motocyklach i postawili stopy na
Kontynencie zwanym Afryka. O tym, co wydarzyło się w trakcie tej
fascynującej i natchnionej wzniosłymi przeżyciami przygody, a także
podczas drogi powrotnej do miejsca, skąd wyprawa rozpoczęła się -
opowiada niniejsza historia...
Dzień pierwszy - 11.06.2006
Godzina
7.00 - na Nadbrzeżnej 15 - trwa oczekiwanie. To znaczy się ja czekam
przed domem na pojawienie się reszty Załogi. No właśnie - a któż
to jest ta „tajemnicza reszta Załogi”? Przecież niemal do
ostatniego dnia oczywistym było, że jedziemy tylko we dwóch - to
znaczy Krasnal i ja. W tym miejscu muszę jednak wspomnieć o
całorocznych przygotowaniach do obecnej wyprawy. A było tak: jeszcze
nigdy dotąd nie zdarzyło się, aby „sprawy kadrowe” były tak
jasne, proste i oczywiste jak właśnie w tym roku. Już od minionej
jesieni wiadomo jest, że tylko my dwaj decydujemy się na tę afrykańską
wyprawę, ponieważ także wiadomym i postanowionym jest i to, że
pozostali kumple mają inne plany - np. Ewa i Tadziu z Jeleniej
Góry wraz z Danielą i Irkiem szykują się do wyjazdu po
południowej Europie, a Solek z „lubomierskimi Tadkami” oraz
Dudim, Piątkiem, a także Wojtkami - mają pognać na Krym. W sumie trzy
ekipy na trzech różnych trasach - cóż to będzie za
wspaniałe spotkanie, gdy wszyscy już wrócą i zaczną opowiadać o
swoich przeżyciach i wrażeniach z podróży - super sprawa! Jak
się jednak okazało, sprawy potoczyły się zupełnie inaczej. Mianowicie
pod koniec maja, rozpadły się zarówno plany „gorących
Południowców” jak i „Krymskich
zwiadowców”... Dlaczego tak się stało - do dziś nie wiem.
Jedynie Marek nie dawał za wygraną, bo przecież naprawdę bardzo chciał
tego Krymu, a tu znienacka tak właściwie to „został sam na
lodzie”. Nie ukrywam jednak, że troszkę mnie zaskoczył, gdy
niemal w ostatniej chwili zwrócił się do nas z propozycją o
dołączenie do „afrykańskiego składu”. No cóż -
pomimo kilku warunków jakie nam zaproponował (głównie
chodziło mu o kilkudniowe przesuniecie terminu wyjazdu, a było to dla
nas nie do przyjęcia), zgodziliśmy się - ale pod warunkiem, że będzie
to najwyżej jeden dzień zwłoki. Przystał na to, a tym samym
nieoczekiwanie nasza ekipa powiększyła się do trzech motorków -
w końcu Kolegom się nie odmawia... Niestety nawet w ostatecznie
ustalonym już dniu wyjazdu, Solek miał znów bardzo ważne sprawy
służbowe na głowie i wyjazd o umówionej godzinie był dla niego
niemożliwy. Trudno - my już dłużej czekać nie mogliśmy tym bardziej, iż
z doświadczenia wiedzieliśmy, że jego narady i posiedzenia zazwyczaj
ciągnęły się w nieskończoność dlatego umówiliśmy się w ten
sposób, że wyruszymy we dwójkę o wyznaczonej godzinie
tzn. 9.00, a on miał nas na niemieckich autostradach dogonić... To tyle
tytułem wyjaśnienia - a któż to jest ta „tajemnicza reszta
Załogi”... A zatem czekam na Marcina i być może jednak na
przygotowanego już do wyjazdu Marka. Dochodzi dziewiąta. Jest już
Krasnal, a po kilku minutach podjeżdża - PASSATEM niestety - Marecki...
W takim razie ruszamy we dwójkę zgodnie z wcześniejszymi
ustaleniami. Żegnają nas tradycyjnie moi rodzice i synowie, no i
oczywiście Kasia.

|

|
Granicę przekraczamy w Zittau - szybko, sprawnie i na
wesoło, bo mundurowy znajomek Krasnala z podziwem kręci głową i z
niedowierzaniem odbiera wiadomość o tym, że właśnie zdążamy do Maroka.
Jak ja lubię te zdębiałe miny. Bystro przelatujemy kawałek drogi
krajowej i już po kilkudziesięciu minutach wpadamy na szerokaśną
autostradę - no to teraz OGIEŃ!!! Wiedziałem, że Marcin się szeroko
uśmiechnie i podniesie kciuka do góry, gdy zrównam się z
nim i zerknę kątem oka w prawo - zawsze się wtedy uśmiecha. W takich
chwilach, gdy mamy za sobą pierwsze - może 100, a może 150
kilometrów - odnoszę wrażenie, że nasze wspaniałe podróże
stanowią nieprzerwaną całość, jedynie z króciutkim postojem na
jesień, zimę i wczesną wiosnę. Ależ to jest frajda!!! No tak -
rozgadałem się, a tu pora zatankować. Zjeżdżamy do stacji i jak to
zwykle przy takiej okazji bywa - wzbudzamy niemałe zainteresowanie. Tym
razem dwóch starszych „niemiaszków” (jechali
przed nami na skuterach i także tu skręcili) podpytuje nas, a skąd i
dokąd no i że robimy„eine gute Reise” itd. Ja w rewanżu
wypytuje ich o to gdzie i za czym śmigają, a ten gadatliwszy powiada,
że jadą „na dziewczynki” do sąsiedztwa - uuuuhahahaha. Tak
na oko to obaj byli grubo po sześćdziesiątce - „łobuzy”.
Kończymy z nimi ten „radosny temacik” i wskakujemy na
motorki, bo jeszcze gotowi nas „zwerbować” - nawet już
fotek z nimi nie robiliśmy z tego pośpiechu - hehehe. W trakcie
„ucieczki” Marcin tak gwałtownie manewrował dźwignią
biegów, że w którymś momencie zgubił trzpień do wbijania
biegów piętą. Nie było szans aby go znaleźć, a więc
„awarię” usunęliśmy przy pomocy długiej śruby, którą
przypadkiem wiozłem w skrzynce z narzędziami. Dobry patent - jak się
okazuje, bo nawet do dziś jeszcze Krasnal z tą śrubą jeździ (wiadomo -
prowizorki są zawsze najtrwalsze). Mija kolejne 200 kilometrów i
czas na kolejne tankowanie. Tym razem zapoznajemy się z
„harley’owcem”, który także wytrzeszcza oczy z
podziwu na wieść o naszej trasie - ech ci harley’owcy - żeby tak
jeszcze faktycznie wybierali się ciut dalej niż 15 km od domu tymi
swoimi „cackami” (no dobra, dobra - wiem, że nie należy
uogólniać.) Na tym samym „CPN-ie” zatrzymał się
również facet, który w specjalnym koszyku na baku woził
ze sobą „Yorka-podróżnika”. Ależ to pociesznie
wyglądało, gdy psince podczas jazdy, wiatr nie tylko rozwiewał
przydługą sierść, ale także uszy. Komedia.

|

|
Jest około dwunastej, a więc
dzwonimy do Mareckiego jak tam mu idzie. Okazuje się, że wreszcie
wyjechał i właśnie przed chwilą przekroczył granicę - hmmm, no to nie
źle musi nas gonić. Im więcej upływało drogi i czasu, tym bardziej
odległość między nami, a Markiem malała. Robiliśmy częstsze i dłuższe
postoje, aby on mógł „cisnąć” na całego po
autostradzie i dzięki temu tuż przed Freiburgiem spotkaliśmy się i już
wspólnie wjechaliśmy do miasta. Tu przydał się Marka GPS z listą
hoteli. W sumie chyba tylko do tego się przydawał, bo jednak jazda z
tradycyjną mapą to jest to co tygrysy lubią najbardziej. Przejechaliśmy
dziś około 800 kilometrów, a więc całkiem sporo jak na
„jeden rzut”. Taki zresztą był plan na dzisiaj. Pierwszy
toast za udany etap i pierwszy nocleg w hotelu „Pod Lwem”.
Godzina już późna, a łóżeczko zaprasza pachnącą pościelą
- nie ma więc co zwlekać - kończymy kolację, dopijamy piwko i kładziemy
się spać.
Dzień drugi - 12.06.2006
Spało się po królewsku... Przeciągam się jeszcze
przez dłuższą chwilę, aż tu nagle - puk! Puk! Ktoś delikatnie uchyla drzwi od
naszego pokoju. Oooo!!! Moje uszanowanie dla Pana Marka! Marecki przepasany
jedynie ręcznikiem (widocznie już po porannej kąpieli), półszeptem pyta o
której ruszamy dalej. Spokojnie, spokojnie Mareczku - ten tu chrapiący „zwitek
ożywionej materii” leżący pod pierzyną to Krasnal, a jak wiadomo od
dawien-dawna, Krasnale długo śpią... Jest ósma, a więc przypuszczam, że dopiero
gdzieś tak o dziewiątej będziemy mogli wyprowadzić motorki z garażu. Wyraźna
ulga zarysowała się na twarzy Mareckiego i chyłkiem wycofał się na korytarz. No
dobra - zrywam się i ja. Spoglądam za okno i oceniam sytuację pogodową. Piękny dzionek
się zapowiada - ładnie wygląda ta wieża kościelna oświetlona wschodzącym
słonkiem - nieprawdaż? Jest OK, a więc teraz także i ja wchodzę pod prysznic,
potem pakowanie, no a po kilkunastu minutach jestem z manelami przed hotelowym
garażem. Wypalam „malborasa”, wyprowadzam motorek i przecieram szmatką
zakurzone nikle. Może minęło ze 20 minut, gdy oto Krasnal z Solkiem zjawiają
się z tobołami - jest więc okazja do fotki pt. „Drei Männer vor dem HOTEL zum LÖWEN”.
Mocujemy dobytek i wymieniamy
między sobą kilka zdań na temat przebiegu dzisiejszego etapu. Plan brzmi: 1) trzeba najpierw zjeść śniadanie 2) następnie podjechać do
jakiegoś warsztatu, aby Marcin mógł tę „piętową stopkę” konkretnie przymocować
(brakowało nam kilku nakrętek M8 do porządnego zakontrowania gwintu
śruby-substytutu), no i punkt 3) jak najszybciej dojechać do granicy z Francją,
między innymi po to aby mieć ją już za sobą i „ostro pocisnąć” przez ten
nieznany kraj Gallów - kierunek Zatoka Biskajska. A więc zgodnie z ustalonym
harmonogramem wracamy do „hotelowej stołówki” i zamawiamy istne specyjały -
paróweczki, jajecznica, różne gatunki serów i pieczywa. Noooo - jak na
niemiecką kuchnię - bardzo dobre. Bagaże przymocowaliśmy już kilkadziesiąt
minut wcześniej, a zatem odpalamy motorki i „paszli w pierjod”... Nieopodal
hotelu znaleźliśmy odpowiedni warsztacik - tu zeszła chwila na te nakrętki. Do
granicy mamy jakieś 20 km,
tak więc pozostał do realizacji punkt 3 - czyli przekroczyć ją i „ostro
pocisnąć”... Tak żeśmy się rozpędzili, że przez pomyłkę - zamiast odbić na
Belfort - skręciliśmy na południe i wylądowaliśmy w.... Szwajcarii - hihihi!!!
To prawda, że musieliśmy cofnąć się jakieś 30 kilometrów ale za
to przypadkowo byliśmy w kolejnym państwie - niestety szwajcarskiej flagietki
nie miałem ze sobą, a więc i fotki w tym „trefnym” kraju nie robiłem. Szybki
powrót na właściwą i drogę, na której w międzyczasie zrobił się potworny ruch.
Przed Lyonem korki sięgały kilku kilometrów dlatego przy najbliższej okazji
zrezygnowaliśmy z dalszej jazdy autostradą i zjechaliśmy na równolegle biegnącą
„nacjonalkę”. Upał jak diabli, a na dodatek jajeczniczka, serki, paróweczki i
pieczywko już dawno poszły się tułać po „końcowym odcinku jelita grubego” no i
należało zatrzymać się w końcu na jakiś treściwy obiad... Jedna knajpa, druga
knajpa, trzecia knajpa - wszystkie zamknięte... Co jest do diabła?! Pytamy
miejscowych, o której tu się można posilić - odpowiedź: po 18-tej, teraz jest
sjesta... No tak - na zegarkach 16-ta, a w żołądkach echo - jednym słowem - „lipa”... Nic nie poradzimy - jedziemy szukać
dalej. W końcu udało się! Znaleźliśmy jadłodajnię przy jakichś zakładach
mięsnych i bodaj za 15 EURO można było tam wejść z wykupionym „talonem” i
częstować się czym popadło - a był wybór przeogromny. W tym właśnie miejscu
(okolice miasteczka Chauderac) los uśmiechnął się do nas podwójnie, ponieważ
nie tylko nawtrynialiśmy się do oporu, ale także spotkaliśmy tu polskiego
kierowcę TIR-a, który doskonale znał francuski i z uśmiechem na ustach,
podzwonił tu i tam, no i pomógł nam znaleźć kwaterunek. A był to niewielki -
znajdujący się kilka kilometrów stąd -
hotelik pod wdzięczną nazwą „La Diligense” (po naszemu - Dyliżans, czyli taki
„westernowy motorek” - J) - ufff. Kto wie - jak i gdzie załatwilibyśmy nocleg, skoro żaden z nas
ni w ząb nie kapuje po francusku - a zrobiło się już późno. Rety! - Cóż za
dobry człowiek z tego kierowcy! Gdy podjechaliśmy we wskazane miejsce, okazało
się że wszystko tu dla nas mają - tzn.: przestronny garażu, przytulne pokoiki
no i piwo tu dają, P-I-W-O!!!
To był trudny etap ale mimo pięknej pogody, a
także doskonałych dróg - jednak bardzo męczący. Jakoś nam ta Francja mimo
wszystko jak dotąd nie przypadła do gustu (to pewnie przez tą obiadową sjestę,
a może bardziej przez nieznajomość języka?...) - zobaczymy jak pójdzie jutro, a
dziś już idziemy do łóżeczek - dobranoc...
Dzień trzeci - 13.06.2006
Hmmm...
- Tak szczerze mówiąc tośmy wczoraj nazbyt wiele nie ujechali.
To znaczy się cały dzień uczciwie „pracowaliśmy w siodle”,
ale chyba jednak przez te korki i poszukiwanie obiadu - sporo czasu i
drogi nam uciekło. Nic to - kolejny poranek znów wita nas
bezchmurnym niebem, a więc może jest jednak szansa na dojechanie dziś
do Atlantyku... Taaaaak - jeśli wszystko pójdzie gładko, to
będzie to moje pierwsze w życiu spotkanie z Oceanem... Może i dla kogoś
nie ma to większego znaczenia, że gdzieś tam istnieją dalekie morza,
góry, lądy, oceany, do których przecież w dzisiejszych
czasach, w każdej chwili można się łatwo i wygodnie dostać -
wystarczy samolot... Ja widzę to nieco inaczej - te miejsca były i
wciąż są dla mnie przede wszystkim młodzieńczymi MARZENIAMI, o
których przez długie dziesiątki lat jedynie śniłem. A dziś -
jeśli dobry Los nadal będzie tak łaskawy jak dotychczas - mam szansę na
spełnienie się jeszcze jednego z nich... Najbardziej jednak cieszy mnie
to, że trzymając we własnych dłoniach tę niklowaną rurkę o średnicy
26,9mm - sam jestem sobie „sterem, żeglarzem i
okrętem” i do tak wielu odległych, pięknych, egzotycznych
miejsc, zdołałem już szczęśliwie dojechać... No ale do rzeczy -
pobudka, poranna toaleta, pakowanie, coś na kształt śniadania (słodka
bułka z dżemem i naparstek kawy - błeeee...) i ruszamy dalej... Trasa
jest piękna - wiedzie między innymi przez miejscowość Mende (my sobie
spolszczyliśmy nazwę tego miasteczka na: „Menda” - tak dla
hecy), ale zaczyna być coraz bardziej pagórkowata i kręta. Marek
nie przepada za takimi „winklami” ale trzyma się dzielnie i
mknie za Krasnalem równo - ja kilkadziesiąt metrów za
nimi. Krótki postój na uzupełnienie paliwa, a przy okazji
na wspólną fotkę „w towarzystwie” francuskich barw
narodowych - fajne z nas chłopaki - co nie?

Przejeżdżamy kolejne
kilometry i oto ukazuje się nam przed oczami budowla jakiej jeszcze nie
widzieliśmy - były to wysokie, potężne filary z
„doklejonymi” fragmentami wiaduktu. Widok zgoła
niebywały... Zastanawialiśmy się jak to „pieruństwo” trzyma
się kupy i w jaki sposób zostaną połączone ze sobą ostatnie
przęsła - ciekawa technologia - nie ma co... Pokręciliśmy dłuższą
chwilę głowami, no i oczywiście sfotografowaliśmy to
„cudactwo”.

|

|
No dobra - wystarczy już tych fotek - mkniemy
dalej. Przy okazji kolejnego tankowania paliwa, Marcin dostrzegł w
„cepeenowej” lodówce ciekawą puszeczkę -
„Specjal Blond Beer - 7,9%” - hmmm, ciekawe jak to smakuje?
Kupiliśmy po 1 sztuce i co by dłużej ciekawość nas nie gryzła,
wypiliśmy na miejscu. U-hu-huuuu - GICIO!!! No to teraz możemy
„ciąć” jak rakiety! - hihihi. Faktycznie - nasze
„rumaki” jakby świeżego owsa się najadły. Odsadziliśmy
Mareckiego nie źle ale co by ponownie zbić się w jedną gromadkę,
zjechaliśmy po jakimś czasie na parking aby na niego zaczekać
(właściwie to pęcherze się o to dopominały). Mija 15 minut i już do nas
dołączył, ale... Ożesz kurna-olek!!! - Jeszcze jeden motorek za nim
pędzi i zbliża się do nas, tyle że z wyraźnym napisem GANDARMERIE...
Patrzę na Krasnala, Krasnal na mnie i czujemy jak nam się dłonie
zaczynają pocić - czyżby nas gwardzista podpatrzył w trakcie konsumpcji
7,9%? A co tam - humor mam jeszcze na tyle wesolutki, że idę w kierunku
„gliniarza” i wygłupiam się w geście pokory co by nad nami
się ulitował. Jak się okazało, on w ogóle nie miał wobec nas
żadnych „niecnych zamiarów”, a po skończonej nawijce
przez komórkę - pogadał z nami jak motocyklista z motocyklistą i
na koniec pozdrowił serdecznie, życząc szczęśliwej podróży -
uffff (polubiłem go - hihihi).
Lecimy dalej, ale tym razem
krasnal z Markiem sporo mnie wyprzedzili i niestety jadąc sam -
zmyliłem zjazd z autostrady - upsss. Jak tu się teraz zawrócić?
Jak to jak? - Normalnie... Zatrzymałem się na awaryjnym pasie,
obróciłem motorek o 180 stopni i dawaj pod prąd!!! Ależ
przerażeni byli ci co to mnie z naprzeciwka wymijali - hehehe. A ja
spokojnie do pierwszego zjazdu w lewo, potem pod prąd pod mostem na
jednokierunkowej, aż w końcu na właściwy pas i dalej w pościg za
kolegami - niespecjalnie długo czekali - hehehe.

|

|
Śmiejemy się razem z
mojego „wyczynu” i „zapinamy” dalej. Mijamy
Rodez, Albi, ogromną Toulusę i przez Auch i Mont de Marsan, dojeżdżamy
do wybrzeża Atlantyku. Wreszcie z daleka zobaczyłem tą „Wielką
Wodę - ależ BAJER!!! Nocleg znaleźliśmy w mieście San Jean de Luz.
Hotel nie drogi, garaż jak się patrzy, a więc zrzucamy bagaże i
schodzimy na kolację - hihihi wesoła była ta kolacja, wesoła. Jest już
prawie 23-cia ale „dotknąć” oceanu dziś MUSIELIŚMY!
Spacerkiem przez wyludnione, śpiące” miasto doszliśmy na plażę,
na której ciepłe fale Atlantyku, bezszelestnie rozlewały się po
wilgotnym piasku...
Zmoczyłem dłonie tą słoną wodą i zwilżyłem nią
twarz - to był symboliczny pokłon Atlantykowi (a może to było w
odwrotnej kolejności i najpierw wytarłem dłońmi z policzków
słonawe łzy wzruszenia, a następnie wpuściłem je w toń Oceanu i w ten
właśnie sposób oddałem ten „hołd”...).
Wróciliśmy do kwatery grubo po północy. Będzie o czym
śnić - ATLANTYK - ymmm...
Dzień czwarty - 14.06.2006
Dziś
wstałem wyjątkowo wcześnie... Pokręciłem się po pokoju i łazience,
wziąłem aparat i po cichutku „na paluszkach” poszedłem na
spacer aby przyjrzeć się oceanowi w świetle porannego słońca. Od
kwatery do plaży był spory kawałek drogi ale wiedziałem, że chłopaki
będą co najmniej godzinę jeszcze spać dlatego czasu miałem
wystarczająco dużo. Tafla wody - tu przy brzegu - gładka jak szyba,
dopiero tam dalej gdzie zaczyna się wejście do zatoki, widać spienione
grzbiety fal. Idę wzdłuż kamiennego molo, na którym siedzi kilku
wędkarzy - sam też lubię łowić rybki, a więc nie zaszkodzi trochę
pokibicować. Jednak, gdy podszedłem nieco bliżej, moją uwagę przykuły
biegające po całym molo - kraby! Były one niesamowicie szybkie i jakoś
nie bardzo chciały pozować do zdjęć. W końcu udało mi się jednego
„namówić” - ładne stworzonko - nieprawdaż?
Poprosiłem także któregoś z wędkarzy aby mnie także
sfotografował na tle Atlantyku - to właśnie ta fotka.
Czas płynie
szybko, a wiec pora wracać. Jeszcze kilka zdjęć zraszanego wodą,
ukwieconego deptaka i niebawem melduję się w hotelu. Reszta załogi już
także na nogach, a więc schodzimy do garażu - fajne autka tam razem z
naszymi motorkami „nocowały”.

Cena za pokoje nie obejmowała
śniadania, a więc postanawiamy pierwszy posiłek zjeść gdzieś na trasie.
Zatem - do dzieła! - Około dziewiątej opuszczamy Sant Jean de Luz. Po
przejechaliśmy kilku kilometrów, któryś z moich
kompanów-głodomorów (chyba Marek), zauważył strzałkę z
napisem „supermarket” - no tak - będą kupować żarcie.
Zjeżdżamy więc pod ten sklep i oni dwaj idą na zakupy, a ja siadam
sobie przy jednym za stoliczków ustawionych przed
„przymarketową” kawiarenką. Ledwo usiadłem, a tu już
biegnie kobitka i groźnie powiada, że to są miejsca TYLKO dla
klientów kawiarni! No dobrze - to poproszę jedną kawę i nie
wrzeszcz już babo! Boże! - Co za wredny babsztyl! - Usiąść sobie na
chwilę nie można, a stolików chyba z 10 i przy żadnym nikogo -
ech ta Francja... Idą wreszcie wygłodnialcy z pełnymi siatami i
dosiadają się do mnie - nawet jakąś faszerowaną bułę mi kupili. Nagle
słychać brrrum, brrrum, brum - o! Motorek podjeżdża! Jak się okazało
był to 70-letni facet (Szkot na BSA), który także tu przystanął
aby opróżnić jakiś słoik z sałatką warzywną. Po pięciu
sekundach, zmuszony był już z do zamówienia kawy. Zapoznaliśmy
się z nim bardzo szybko i dowiedzieliśmy się, że właśnie jedzie sobie
tym zabytkiem na motocyklowy zlot Nortona do Lizbony. No ładne kwiatki
- to ja tu myślę, że już takim staruchem pod 50-ką jestem i wieki
wyczyn motocyklowy robię, a tu gościu jest o 20 lat starszy i się nie
pitoli tylko jedzie z Glasgow parę tysięcy kilosów, bo usłyszał,
że „tam za rogiem kiosku RUCHU” w Lizbonie jest zlot...
Życzymy sobie szczęśliwych powrotów, robimy wspólną fotkę
i żegnamy sympatycznego Szkota. Teraz przed nami granica z Hiszpanią, a
dokładniej Krajem Basków. Jak dotąd o tym że przekraczamy
granice, świadczyły tylko tablice z nazwą państwa, otoczonego
dwunastoma gwiazdkami - tu jest inaczej To znaczy się - owszem, także
jest tablica z napisem „ESPAŇA”, ale tuż za nią - blokada
policyjno-wojskowa. Uzbrojeni po zęby i zamaskowani hiszpańscy
komandosi, kontrolują niemal wszystkie znajdujące się na tej drodze
auta - nas na szczęście puszczają, wskazując jedynie gestem ręki -
„jechać dalej”. Brrrrrr - dziwne uczucie. No kurde, a jakby
akurat ktoś w tym momencie jednak przerzucał samochodem broń do Kraju
Basków (ponoć to normalka) - nie zła zabawa by się tu zrobiła...
A spitalajmyżesz stąd jak najszybciej!!! Jedynka - dwójka -
trójka - czwórka - piątka i nima nas. Przejeżdżamy wzdłuż
wybrzeża przez San Sebastian i w okolicy miasteczka Mutriku -
znajdujemy wyśmienite miejsce na rozbicie namiotów. Łączna
długość dzisiejszego odcinka to jakieś 70 kilometrów... Już z
rana postanowiliśmy, że dziś zrobimy sobie wybitnie krótki etap,
taki rekreacyjno-wypoczynkowy. W końcu mamy już szmat drogi za sobą i
należy nam się gruntowny odpoczynek i relaks. Na “mutrikowym
kempingu” jest przednio...

|

|
Przede wszystkim jest bogato
wyposażony barek, tak więc z jadłem i pitłem problemów nie
będzie, a żeby przypadkiem nie przegapić godziny jego zamknięcia,
stosowne zaopatrzenie zrobiliśmy od razu. Ustawiamy namioty, pompujemy
materace, byczymy się na trawie i z lubością oddajemy się winno-piwnej
rozpuście, aż do późnej nocy. To była prawdziwa balanga, łącznie
z “odegraniem hejnału” - hihihi. O której zasnąłem -
nie pamiętam... Upssss...