Pierwszomajowa przejażdżka
Pewnego
kwietniowego popołudnia zadzwonił do mnie Tadziu i zapytał o to, czy
mam już jakieś plany na spędzenie pierwszomajowego święta. A cóż
ja-emeryt mogę ekstra planować na ten wolny dzień? W końcu od
dwudziestupięciu lat codziennie mam święto. Nie Tadziu – nic nie
planowałem, a co? Trzeba coś Ci pomóc w warsztacie? Nieeee, nie
o to chodzi. – Pytam, bo mam taki pomysł i prośbę abyś
przeglądnął jak sprawuje się AVO i chciałbym Cię zaprosić na 3 –
4 godzinną przejażdżkę po okolicy wspólnie ze znajomymi.
Moglibyśmy na przykład zrobić małą rundkę i pojechać
„spacerkiem” do Niemiec, a potem przez Czechy wrócić
do domu. Pogoda ma być ładna, a więc??? Hmmm... Odczekałem kilka chwil
zanim dałem odpowiedź, ponieważ tak szczerze mówiąc to mnie ta
propozycja zaskoczyła, no ale nawet jeśli o AVO byłem raczej spokojny,
to nie do końca byłem pewien czy sam podołam... Kiedyż to ja ostatni
raz jeździłem na motorze?... To było tak dawno temu... No dobrze Tadziu
– bardzo podoba mi się Twój plan i mam nadzieję, że nie
będę zawalidrogą. Jeszcze tego samego dnia zjawiłem się u Leszka w
garażu i spróbowałem kopnąć „awuszka” – czy
odpali. Odpalił za pierwszym razem. Jak się okazało Leszek także już
wiedział o Tadzia propozycji i także chętnie chciał wziąć udział w tej
„wyprawie”. W takim układzie przez najbliższe dni pozostało
mi już tylko przygotować się samemu do tego wyjazdu. W zasadzie kask
jest, spodnie skórzane mam, kurtkę też a ciepłe rękawice pożyczy
mi Marcin – czyli podstawowy strój motocyklisty jest. W
przeddzień wyjazdu zrobiłem spore zakupy w sklepie z wędlinami, owocami
i pieczywem, a także ugotowałem kilkanaście jaj na twardo – no
przecież po drodze trzeba gdzieś przystanąć i coś zjeść. W końcu
nadszedł pierwszy maja 2007. Była dziewiąta rano, gdy przyjechałem na
zbiórkę przed garaż na Nadbrzeżnej, w pełnym
„umundurowaniu” i – co tu ukrywać – byłem
jednak mocno podekscytowany. AVO już „pyrka” sobie na
dworze i pięknie lśni w porannym majowym słonku, a na dodatek
udekorowane jest flagami Polski, Niemiec i Czech, a to już zapewne
robota Leszka.
|
|
Zbiórkę
co prawda zaplanowano właśnie tutaj na 10-tą ale jak się wkrótce
okazało, większość uczestników wycieczki rozlokowała się na
stacji ORLEN w Bogatyni, a więc o mniej-więcej 10.30 zakładam kask i
jedziemy na ten CPN aby spotkać się z cała gromadą.
Stoimy
tu dosyć długo ponieważ jeszcze i tak nie wszyscy dojechali. Kurcze
– moglibyśmy już jechać, bo tak się jakoś trochę denerwuję.
Czekamy, czekamy, czekamy... Już blisko dwunasta, a my jeszcze na
CPN-ie... O-jo-jo-jo-jo-jojoj... Pojedziemy w końcu czy nie
pojedziemy?... Pojedziemy – czy nie pojedziemy?... Pojedziemy
– czy nie pojedziemy?... Pojedziemy czy nie pojedziemy?...
Wróżę sobie w myślach jak z płatków stokrotki... No
wreszcie około dwunastej są już wszyscy! Dobre dwie godziny wyjazd się
opóźnił no ale najważniejsze, że już startujemy.
|
|
Nawet
nie zdążyłem policzyć ilu nas jest łącznie, ale trzeba przyznać, że aż
tylu motocyklistów to się nie spodziewałem – fajnie taką
gromadą jechać! Bogatynia za nami, Opolno już też, a za moment
dojedziemy do Sieniawki i trzeba będzie się na pierwszej granicy
wylegitymować dokumentami. Cholera jasna, czy ja zabrałem dowód
z domu??? No nie pamiętam do której kieszeni go włożyłem –
ech... I oto granica. Wyciągam portfel – jest dowód
– ufff. Po kolei przejeżdżamy na drugą stronę ale nagle coś mi
tak jakoś dziwnie szybkich obrotów nabrał ten silnik aż w końcu
po trzystu metrach – ZGASŁ....
Większość
grupy nawet tego faktu nie zauważyła bo byli przede mną i pojechali
dalej, ale na szczęście Tadziu z Dorotką i Mariusz, a także Leszek
jechali z tyłu, to widzieli co się dzieje i się zatrzymali... Po chwili
też zawrócili Piotruś i Marek Piątek. Zaczynam się denerwować,
bo przecież niby świeca iskrzy, benzyna jest, przerwa na przerywaczu
dobra, no to co się dzieje???!!! A było tak pięknie – ech... Nie
pomogło „zamaszyste kopanie”, ani też wielokrotne
„branie na pych”, nie pomogła wielokrotna regulacja
gaźnika, przerywacza, świecy itd., itd., itd., dlatego też straciłem
już nadzieję na dalszą jazdę i gotów byłem pchać SIMSONA z
powrotem do Bogatyni. Po ponad półgodzinnym ślęczeniu nad
„padniętym sprzętem”, poprosiłem Piotrka aby podjechał do
reszty grupy (która jednak czekała na nas jakiś kilometr dalej)
i aby przekazał, żeby nie tracili więcej czasu i żeby pojechali tam
gdzie zamierzali, bo AVO „zdechło” i nie ma sensu dłużej na
mnie czekać. Tak też się stało – Piotruś z Dorotką, Marek i
Mariusz odjechali i już po chwili wspólnie z całą gromadą
ruszyli dalej w głąb Niemiec. Ja wraz z Leszkiem szykowaliśmy się już
do powrotnego „spaceru” do Bogatyni, jednak Tadziu nie
dawał za wygraną i w końcu już po blisko godzinnym postoju, wykręcił
„podejrzaną” świecę z AVO i wkręcił (po odpowiedniej
przeróbce) swoją z YAMAHY.
Jedno
kopnięcie i znów silnik furkocze jak należy!!! A niech to licho!
A więc to jednak była świeca!!! W takim razie zapada decyzja
abyśmy we trójkę pojechali do Czech – w to miejsce do
którego wiedzieliśmy, że reszta ekipy także dojedzie –
czyli do „Piekielnych Dołów” nie daleko miasteczka
Mimoń – i tam się ze wszystkimi ponownie spotkamy. No trudno
– trochę inaczej miało to wyglądać ale dobrze, że chociaż pchać
motorka do Bogatyni nie trzeba będzie – ufff. Zatem zrobiliśmy
„w tył zwrot” i przekroczyliśmy z powrotem granicę w
Zittau, a następnie pojechaliśmy na przejście do Czech czyli do Hradka.
Znów jestem zadowolony, że jednak nie wszystko stracone i że
jedziemy przez te Czechy. Na miejscu – w Piekielnych Dołach
byliśmy około 13.30. Ciekawie tu jest – szczególnie
spodobały mi się te wydrążone w skałach korytarze i komnaty, a także
wydłubany w piaskowcu bar.
Dosyć
dużo czasu minęło zanim dołączyli do nas pozostali wycieczkowicze, no
ale przecież to zrozumiałe, ponieważ jechali przede wszystkim po to aby
pozwiedzać góry, skały i skałki w okolicach Oybin oraz inne
równie atrakcyjne i ciekawe miejsca, a także zatrzymali się w
restauracji na obiad – nie dziwota więc, że w sumie sporo czasu
im zeszło...
Najważniejsze jednak, że znów (od
15-tej) jesteśmy wszyscy razem i że znów jest wesoło i bardzo
przyjemnie. No to teraz pora na kilka wspólnych pamiątkowych
zdjęć.
Napoje
które zabrałem ze sobą nie cieszyły się zbyt wielkim wzięciem
(wiadomo – na miejscu był lepszy wybór) no ale za to, te
ugotowane jajka na twardo zrobiły niezłą karierę – dobrze, że je
zabrałem ze sobą. Fajnie tak wśród tylu sympatycznych i wesołych
osób spędzać czas – znów poczułem się jak za
dawnych lat.
Jeszcze
długo posiedzieliśmy sobie i pożartowaliśmy, ale w końcu trzeba było
ruszyć dalej. Teraz mamy odwiedzić czeską wioskę Vaclavice, w
której to w sposób dosyć specyficzny obchodzi się
pierwszomajowe święto – ano zobaczymy na czym to polega.
Tymczasem jedziemy przez piękne okolice i przy pięknej pogodzie.
Dosyć
skomplikowany był dojazd to tej miejscowości ale jakoś trafiliśmy. Tu
na miejscu rzeczywiście czas jakby się cofnął... Udekorowane ogrodzenia
i transparenty zawieszone nad ulicą, a także wystrój miejsca
„głównych obchodów święta”, jako żywo
przypominały niedawno minioną epokę. O wyglądzie znajdujących się tam
biesiadników – nawet nie wspominam.
|
|
Cośmy
się tam uśmiali – tośmy się uśmiali. Może i zostałoby się dłużej
ale jednak już zaczynało się robić późnawo, a przecież
niektórzy musieli wracać do domów znacznie dalej niż ja.
Tak więc zbieramy się i ruszamy w drogę powrotną. Bardzo mi się
podobała ta dzisiejsza przejażdżka i nawet nie przypuszczałem, że
jeszcze dziś spotka mnie kolejna i jakże wyjątkowo przyjemna
niespodzianka. Otóż przed pożegnaniem się na tzw. rozstajnych
drogach, zjechaliśmy na spory plac na którym – za namową
Tadzia – ustawiliśmy motocykle jeden obok drugiego i zrobiliśmy
jeszcze jedną wspólną fotografię. Wtedy na spokojnie doliczyłem
się dwunastu motorków. Jakiż jednak byłem zaskoczony i
jednocześnie wzruszony, gdy tuż po wykonaniu poniższego zdjęcia
podszedł
do mnie Tadziu i wręczył mi ładnie oprawioną, podobną fotkę –
tyle że czarno-białą no i dokładnie sprzed pięćdziesięciu lat –
także z pierwszomajowego święta. Jestem na tym zdjęciu (piąty od
lewej) wśród kolegów i znajomych z którymi także
niegdyś urządzaliśmy sobie bliższe i dalsze wypady motocyklowe. To były
piękne czasy – ech... Niemniej jednak nawet nie przypuszczałem,
że taka fotografia zdołała się jeszcze gdzieś zachować.
Dziś
obydwa zdjęcia wiszą w moim mieszkaniu obok siebie na honorowym
miejscu. W tym momencie pragnę bardzo podziękować wszystkim Uczestnikom
tej pierwszomajowej wycieczki za wspólnie spędzony czas i
jednocześnie przeprosić za ten niefortunny, przymusowy postój
– to był po prostu pech... Mam jednak nadzieję, że nie byłem tym
przysłowiowym „zawalidrogą” i że jeszcze kiedyś mnie na
taką „wyprawę” zabierzecie. Życzę Wam wszystkim jeszcze
wielu, wielu tak udanych wyjazdów.
pozdrawiam serdecznie
Tomasz Dusza
|