Przeddzień wyjazdu – 03.06.2007Dziś
niedziela a na dodatek moje imieniny, tak więc jest wyśmienita okazja
do spotkania się z całym Motocyklowym Bractwem oraz dodania sobie werwy
i animuszu przed jutrzejszym wyjazdem. Jakże było mi przyjemnie i miło,
gdy na moje zaproszenie do ogniska na ogródku przy Nadbrzeżnej
15, zjawili się niemal wszyscy, a ci których nie było – po
prostu być nie mogli. Przy ogniu i muzyce, przy pieczonych kiełbaskach
i piwku, przy śmiechu i dowcipach mijały ostatnie godziny mojego
„wypoczynku” przed podróżą.
Niech
się komu nie zdaje, że perspektywa samotnej wyprawy w tak odległe
strony, napawała mnie jedynie bezgraniczną, ślepą radością – Oooo
nie! Miałem masę obaw i wątpliwości, a także świadomość podjętego
– bądź co bądź – ryzyka, jednak ta niewidzialna siła co to
pcha człowieka do przodu oraz zdobyte wcześniej doświadczenie, a także
wiara w kolejny uśmiech Losu no i ten dzisiejszy wieczór
wśród przyjaciół sprawiały, że jednak gdzieś tam w
podświadomości coraz wyraźniej słyszałem dobitne: ...„Jedź, jedź,
jedź – dasz radę”...
Dzień pierwszy – 04.06.2007Krążę
od świtu wokół Marauderka i pucuję nikle, sprawdzając
jednocześnie czy czegoś nie zapomniałem zapakować. No niby wszystko
jest... Najważniejsze jednak, że flagietki są w sakwie i że ta duńska
już tkwi na maszcie (Dania to pierwszy obcy kraj na trasie, a więc
zwyczajowo już spod domu z taką właśnie startuję). Pogoda
do jazdy dobra bo nie pada ale chmur więcej niż niebieskiego –
nic to – dziś etap tylko do Świnoujścia, a pojutrze dzień postoju
tak więc gdyby nawet po drodze padało to i tak będę miał czas na
ewentualne wysuszenie się. Zresztą nie ma co krakać. Zbliża się
ósma i jako pierwszy zjawia się tato Tomasz, a chwilę po nim
mama Jasia.
Ojciec jak zwykle podpowiada,
doradza fachowo i wypytuje o stan przygotowań, a mama jak zwykle
odradza i namawia żebym dał sobie spokój z tym wyjazdem –
baaaardzo śmieszne. Fajnie, że Grzesiek przyjechał wczoraj z Jeleniej
Góry do domu i że razem z Pawłem zeszli przed garaż, to chociaż
przez jakiś czas „przechwycą” ubolewającą babcię i odciążą
mnie od jej lamentów – hihihi. Około
9.30 zjawiają się (na motorkach oczywiście) Grzesiek
„Gregust-man” i „Dziadek” Karol – już
wczoraj podczas imprezki obiecali, że chociaż do Zgorzelca mnie będą
eskortować, a tym samym przez pierwsze 30 km tej wyprawy, będę jednak
miał towarzystwo. W międzyczasie pojawił się także Jacenty
„Broda”, aby uścisnąć dłoń na pożegnanie i tak oto powstają
kolejne fotki wyjazdowe w coraz to liczniejszym gronie.
 |  |
Koniec
żartów – wybiła godzina „zero” (a tak
właściwie to 10.30), a zatem czas wreszcie ruszać w drogę. Odpalam
maruderka (babcia w płacz), Karol i Grzesiek także odpalają swoje
sprzęty. Zadudniało, zafurczało (ojciec i synowie Grześ z Pawłem kciuki
do góry, a mama – co prawda przez łzy – ale w końcu
także się uśmiecha). Teraz sprzęgło, „jedyneczka”, klaksony
trąbiące na full, lewa rączka w górze i poszli –
hurrraaaaa!!!! Mijamy Działoszyn na sucho ale już w Krzewinie zaczyna
kropić, a po chwili rzęsiście pada – czyż to zawsze musi tak
być?! Szkoda mi chłopaków, żeby mokli dlatego zjeżdżam na
przystanek PKS i proponuję im odwrót ale gdzie tam! –
Karol powiada, że to przelotny deszczyk i ani myślą zawracać (ot
– twardziele! – hehehe), zatem lecim dalej. Rzeczywiście
nie padało zbyt długo i ostatnie 10 kilometrów do Zgorzelca
przejechaliśmy już w słońcu i po suchym asfalcie. Stacja ORLEN w
Zgorzelcu to takie miejsce, w którym bądź to się spotykamy, bądź
też – tak jak w tym przypadku – żegnamy. To było bardzo
miłe, że koledzy poświęcili swój czas i chociaż te pierwsze 30
km przejechali ze mną. Już po rozstaniu się z Karolem i Grześkiem byłem
zdany zupełnie sam na siebie i to przez kolejne TYSIĄCE
kilometrów – tak mi się przynajmniej wówczas
wydawało... No dobra – do rzeczy. Trasa do Zielonej Góry
spokojna i bez emocji, no może za wyjątkiem bistro-knajpeczki pod nazwą
„BOLERO”.
 |  |
Przystanąłem tu
na Colę bo śmiać mi się zachciało z tego, że ujechałem spory kawałek, a
tu – masz ci los – BOLERO czyli tak jakbym z miejsca się
nie ruszył a to dlatego, że w Bogatyni – właśnie w knajpce pod tą
samą nazwą – mam okazję do częstych spotkań ze znajomymi ale
raczej nie przy Coca-Coli. Spoglądam na niebo a tam coraz bardziej
ołowiano – hmmm... W takim razie szkoda czasu – trza wiać
przed deszczem. Po kilku kilometrach – stało się – lunęło
jak w 2004 w Rumunii (kto wtedy tam był – pamięta). No i tak do
samego Szczecina! Rety! – Ależ mnie zlało! Nic nie pomogły częste
przystanki i chowanie się pod dachy CPN-ów lub zajazdów
– koszmar. W końcu jednak ten wredny prysznic ustał, a od
Szczecina nawet słonko się przebijało – uffff, może choć trochę
obeschnę zanim dojadę do Świnoujścia. Być może Ania i Krzyś do
których zmierzam, nie przestraszą się mnie jak jakiegoś
„wymoczonego wymoczka”... No właśnie – jadę do
osób, których wcześniej nigdy nie znałem ale w trakcie
przygotowywania się do wyjazdu – jeszcze w marcu –
zadzwoniłem do biura POLFERRIES w Świnoujściu co by o rezerwację
biletów do Kopenhagi wypytać. Dziewczęcy głos, który
usłyszałem w słuchawce był nieco znużony moimi kolejnymi standardowymi
pytaniami o to „ a co, a jak, a za ile, a rozkład rejsów,
a kiedy, a gdzie” itd., itd., itd. Dopiero wówczas gdy
padło zdanie, że chcę zarezerwować również bilet na motocykl
– nagle jej głos zmienił się diametralnie – aż do
wesołości. Okazało się bowiem, że Ania (tak właśnie na imię ma moja
rozmówczyni), także jeździ motocyklem wraz ze swoim
chłopakiem Krzysiem. Teraz wszystko potoczyło się biegusiem. Bilety
zarezerwowane od ręki, humory doskonałe, trochę wymiany zdań o naszym
wspólnym motorkowym zamiłowaniu, a przy okazji podałem jej adres
naszej stronki internetewej i już po kilkudziesięciu minutach –
znacznie więcej wiedziała co ze mnie za jeden. Bardzo się także
ucieszyłem, gdy wpisała się do „Księgi Gości” i
zaproponowała mi „wdepnięcie” do nich do Świnoujścia w
dniu, w którym już wyruszę w tę podróż – no i oto
właśnie w tej chwili „słowo ciałem się staje” –
hihihi. NIE MA TO JAK MOTOCYKLIŚCI!!!!! W momencie gdy przepłynąłem już
na drugi brzeg Świny i zatrzymałem się na niewielkim CPN-ie, wysłałem
sms-a do Ani i zameldowałem się gdzie jestem. Po chwili razem z
Krzysiem podjechali autkiem, a następnie – po przywitaniu się
– pomykałem już za nimi do miejsca przeznaczenia czyli do ich
domu, czyniąc po drodze „niewielkie zakupy” - upsss. Zatem
cel pierwszego etapu został osiągnięty (około 19-tej). Jeszcze tylko
ustawienie motorka w garażu, wypakowanie niezbędnych
„płynów”, ustawienie grilla i z wolna można zaczynać
„wieczerzę” – hihihi.
Zanim
jednak zdążyliśmy rozpalić węgle, zjawili się Różyczka i Piotrek
– znajomi Ani i Krzysia. Śmichów chichów było co
nie miara, bo oboje też weseli i do żartów chętni, a więc
wieczór zapowiadał się doprawdy wesoło. No chociażby właśnie
rozpalanie grilla przy pomocy palnika na propan-butan! Ależ była
zabawa, gdy brykiety fruwały po całym palenisku, a ten najbliższy
spłonął w pięć sekund! – hehehe... Do drugiej w nocy garaż tętnił
muzyką, śmiechem i psssssykaniem puszek – hihihi.
I
w ten właśnie sposób kończył się pierwszy dzień mojej
„samotnej” podróży. Gdy położyłem się już w swoim
pokoju, myślami wróciłem raz jeszcze do tego wszystkiego co dziś
się zdarzyło i z wolna zacząłem „odpływać”... Dobranoc.
Dzień drugi 05.06.2007Jak
nigdy – spałem prawie do dziewiątej!!! Często mi się to nie
zdarza, no ale faktycznie smacznie się spało. Ciekawe czy Ania nie
zaspała – przecież musiała pójść do pracy na ósmą,
a do firmy ma spory kawałek drogi. Tymczasem zrywam się na równe
nogi i po porannej toalecie, wychodzę na dwór zapalić. Po
kilkunastu minutach zjawia się także Krzysiek i planujemy
wspólnie w jaki sposób spędzić dzisiejszy dzień –
prom do Danii mam przecież dopiero o 22-ej, a więc czasu jest w
bród. A zatem najpierw śniadanko, a potem idziemy na pięterko do
pokoju Krzysia – ponoć ma tu niezwykłą hodowlę zwierzątek. Z
pit-bull’em i krzykliwą „sarenką” zapoznałem się już
wczoraj ale to co zobaczyłem w tej chwili było rzeczywiście niezwykłe.
Pyton, jadowite ptaszniki i skorpion, a także szczur któremu się
upiekło (miał być śniadaniem dla pytona ale ten akurat nie miał
apetytu), ponadto oswojona jaszczurka i rybki w akwarium – nie
źle jak na niewielki pokoik.
Ufff
– Cośmy się strachu najedli, gdy w pewnej chwili ten
czarno-pasiasty ptasznik zwiał z terrarium (Krzysiek próbował go
wyjąć i pokazać mi go z bliska) i biegając po całym pokoju w końcu
schował się za szafę. Na szczęście po kilu minutach udało się go
zlokalizować i złapać. Poranek jak widać zaczął się od emocji dlatego
też postanowiliśmy, że już ich na dziś wystarczy i teraz pojedziemy
autkiem nad morze, a później w okolice parku
krajobrazowo-przyrodniczego. No chyba sobie nie wybaczę, że na tę
przejażdżkę nie wziąłem ze sobą aparatu – skleroza!!! A było co
zwiedzać i podziwiać. Już nie mówię o spacerze po pięknej
świnoujskiej plaży ale przecież to niezbyt płochliwe stadko
lisów na środku drogi lub czaple i żurawie tuż przy poboczu albo
ten kormoran co łykał rybę większą od samego siebie – to musiało
zostać sfotografowane, a niestety – nie zostało... To z resztą
nie był pierwszy i jedyny raz w czasie tej wyprawy, gdy zapomniałem
zabrać ze sobą aparat, a przez to płaczę do dziś – no cóż
– gapa ze mnie i tyle. Około 14-tej wróciliśmy do domu na
obiad, a za niedługo wróciła także Ania z pracy. Wiem, że była
zmęczona i niewyspana ale mimo to, po obiedzie pojechaliśmy wszyscy
razem do miasta na zakupy – znaczy się zakupy dla mnie czyli
konserwy, zupki, pasztety, papierosy oraz piwko (TATRA-MOCNE
oczywiście) itd., itd., itd... Wracamy do domu z pełnymi siatami i
jakoś to upycham ale i tak wszystkiego nie dało rady. Czas mija szybko
i ni stąd ni zowąd zbliża się wieczór... Tuż przed dwudziestą
– w eskorcie moich świnoujskich przyjaciół –
jedziemy na motorkach do miejsca pracy Ani, czyli na terminal promowy
Ferrielines. Tu dziękuję im za gościnę i za wszystko co dla mnie
zrobili, a po około kwadransie żegnamy się serdecznie. Teraz pozostało
mi już tylko wjechać do ładowni promu, a następnie rozgościć na jego
pokładzie. Przy zapadających ciemnościach (dokładnie o 22.00) prom
odbił od nabrzeża rozświetlonego portu w Świnoujściu, kierując się na
Kopenhagę.
 |  |
Ech – jakże
cudownie rozpoczęła się ta moja podróż! Ciekawe co też spotka
mnie dalej... Póki co robi się chłodno, a więc opuszczam dek i
idę tam skąd dochodzi głośna muzyka. Skoro jest muzyka, to może i tańce
będą? – hihihi. Faktycznie – nie pomyliłem się! Podobnie
jak kiedyś na promie z Brindisi do Iguomenicy, tak i tu dają czadu
ostrymi kawałkami, a ludziska bawią się w najlepsze. No
tak – znalazłem zatem swoją „kajutę” –
hehehe... Tancjor być może ze mnie nie najlepszy ale com się wyskakał
tom się wyskakał. Na koniec pamiątkowa fotka na specjalne
zamówienie. Pozdrawiam Was serdecznie dziewczęta, a Kasię
szczególnie gorąco!
Jeszcze jedno piwerko (a
może i dwa), no i czas jednak się przespać tym bardziej, że zabawa
dobiega końca, a na zegarku już trzecia. Wczoraj do drugiej, dziś do
trzeciej – no nie źle mi idzie – hihihi...
Dzień trzeci – 06.06.2007Niby
zmęczony jestem ale jakoś nie bardzo mogę spać. Budzę się co pół
godziny i przewracam z boku na bok – chyba mi się w głowie od
tych fal kręci czy cuś, no ale w Kopenhadze mamy być około
ósmej, to pewnie intuicyjnie czuwam żeby nie przegapić i wysiąść
z promu na czas. W takim razie nie ma co leżeć i się męczyć –
wstaję, biorę aparat i idę na dek obadać czy coś ciekawego za burtą się
pojawia. No proszę – są ciekawostki. – Choćby na przykład
wiatraki na otwartym morzu albo tam hen na horyzoncie ten ogromny most
nad wodą. Czyżby to był ten, po którym można przedostać się do
Szwecji? Hmmm – wielgaśny i długaśny jest – to może i ten... Jeszcze
kilkanaście minut minęło i oto pojawia się cel i meta całonocnego rejsu
czyli duńska stolica – Kopenhaga. Do portowego nabrzeża
przycumowaliśmy dokładnie o 08.30, a już 15 minut później
śmigałem przez miasto.
Nie zabawię tu jednak zbyt
długo ponieważ tak szczerze mówiąc to trochę mi się spieszy do
Bergen w Norwegii bo przecież 10-tego czerwca o piątej rano mam stamtąd
płynąć do Islandii, a nawet biletu jeszcze nie mam. Ponadto nie mam
pojęcia ile dni potrzebne mi będzie aby przebrnąć przez potężne
Góry Skandynawskie i do tego portowego Bergen na czas dojechać.
No bo skąd mam wiedzieć czy tam wyżej na Północy, na przykład
śnieg na drodze jeszcze nie leży - hihihi... Tymczasem przede mną
jeszcze kawał Szwecji, a później Norwegii no a w niej właśnie te
górzyska. W takim razie przelatuję przez całą Kopenhagę
właściwie bez zatrzymywania się i od razu biorę kurs na Oresundsbron
czyli na ten gigantyczny most, który widziałem z pokładu promu.
Wystarczyło zaledwie 20 minut jazdy kopenhaskimi ulicami, aby bez
problemu – kierując się oznakowaniami na szwedzkie Malmö
– trafić wprost na ten graniczny most nad Cieśniną Oresund
oddzielającą Danię od Szwecji.
 |  |
A gdy już na niego
wjechałem, musiałem dokonać aktu zmiany flag na maszcie, ponieważ
ujrzałem unijną tablicę z napisem SVERIGE. Stanąłem oczywiście w
miejscu absolutnie niedozwolonym do zatrzymywania się i gdy po
zrobieniu dokumentalnej fotki chowałem aparat do pokrowca, miałem już
za sobą towarzystwo dwóch zdziwionych, ale i uśmiechniętych
szwedzkich policjantów – hihihi. Czy się czepiali? –
Ależ skąd! Nawet kazali mi poczekać chwilkę aż mnie wyprzedzą, a potem
„kogucikami” ostrzegli jadących z tyłu, że właśnie pan
motocyklysta wjeżdża na właściwy pas ruchu – hehehe (ja to mam
fuksa!). Puścili syrenkę i znów kogucika, a potem pomachali i
tyle mnie widzieli jak ich wyprzedzałem. W tym momencie zastanawiałem
się ile kasy musiałbym wybulić u nas za taki numer – hmmm. Przez
Malmö przejechałem piorunem, bo jak wszyscy zapewne wiedzą,
skandynawskie pojęcie „miasto” różni się
zdecydowanie od naszego. Zabudowa niska, domy rozrzucone znacznie od
siebie, dużo zielonych skwerków i parków, a jedynie znane
szyldy i logo marketów świadczą o tym, że faktycznie znajdujemy
się w „dużym” mieście. Za to drogi nie zatłoczone,
oznakowane wyśmienicie i nie ma najmniejszych wątpliwości co do tego
gdzie się kierować, aby dobrze pojechać – brawo Skandynawia!
Teraz
pnę się ostro „do góry” na Göteborg, a w
zasadzie to już na norweskie Oslo, bo droga ta sama i obydwa miasta
widnieją na tych samych tablicach. Kilka kilometrów przed
Falkenbergiem zjeżdżam zatankować, a tu po chwili cała zgraja
motorkowców na Harley’ach przy moim motorku przystaje.
Podchodzę do nich bo widzę jak cmokają nad szybą z naklejonymi flagami
wielu krajów i rozglądają się za właścicielem sprzęta. Tak, tak
– to ja tym maruderkiem po całej Europie szaleję. Mówię to
po niemiecku, bo wiem, że na bank któryś z nich musi znać to
„szwargotanie”– no i znali wszyscy jak się szybko
okazało. Rozmawialiśmy na różne tematy, ale pytali mnie przede
wszystkim o to jak jest w Polsce i jakie drogi teraz u nas... Głupio mi
było powiedzieć prawdę, dlatego od razu napomknąłem, że ja tylko za
granicę wyjeżdżam bo blisko mam do Czech i do Niemiec i że świata
ciekawym dlatego własny kraj zostawiam sobie „na
później”. Tym wykrętem jakoś przemilczałem temat i
wybrnąłem z tymi bodaj 550 km autostrad na całą Polskę – ależ
obciach...
 |  |
Jak dotąd – co
postój, to i towarzystwo – BINGO! Kilkanaście minut zeszło
nam na wesołym plotkowaniu ale w końcu trzeba było się rozstać.
Odprowadzili mnie jeszcze jakieś kilkaset metrów, a potem
wyrwali na całego. Wtedy już po raz któryś, zadałem sobie
pytanie: No i po co przed wyjazdem martwili się wszyscy, że ja SAM w tę
podróż jadę? No właśnie – a’ propos jadę. No więc
jadę sobie dalej przez ciągnące się dziesiątkami kilometrów
iglaste lasy, aut na drodze nie wiele, a o ludzkich osadach można
zapomnieć. Czy ktoś pamięta jak to było w czasie jazdy przez Estonię w
2003 na Via Baltica? – Tu jest dokładnie tak samo –
nieprzebyte lasy, knieje i cały czas prosto jak byk sz....ał. O!!!
– Nagle pojawiło się coś co to zapewne ludzka ręka stworzyła
– most! Yes, yes, yes!!! Widzę pierwszy od dwóch godzin
zakręt i to, że przynajmniej ten most NIE jest drewniany! –
hihihi.
 |  |
Jest już późne popołudnie a słońce
i upał daje do wiwatu. Trzeba by pomału za jakimś miejscem na spanie
się rozglądnąć, bo wieczorem będzie trudniej. Göteborg minąłem już
dawno, a do Norwegii zostało mi może ze 20 km w związku z tym nie ma co
chomikować szwedzkich koron tylko zatankować bak do pełna (akurat na
tyle ich miałem) i postawić gdzieś namiocik. Skręcam zatem z
głównej i dojeżdżam do fajnego miejsca nad jeziorkiem. Pięknie
tu ale żywego ducha nie widać – hmmm... No
nie będę się rozkładał z majdanem pod nieobecność gospodarzy –
nie wypada. Robię w tył zwrot i nieopodal znajduję kilka domków,
a przy jednym z nich krzątają się ludziska. W takim razie zatrzymuję
się i zagaduję do starszego faceta: Da radę abym się u Państwa na jedną
noc rozstawił? Gość nie widzi problemu ale kobitka (żona jak się
nazajutrz okazało) kręci nosem, że tu dopiero skoszona trawka i że
pograbione i że może spytam u sąsiadów... O żesz ty niedobrotko!
– Krzyknąłem w myślach. To ja tu do Ciebie ze szwedzką flagą i
tyle kilosów nabijam, a ty mi tu o trawce i sąsiadach?! Powiadam
jej więc, że tak zmęczony jestem, że i tak się stąd nie ruszę i że
najwyżej namiot rozstawię na środku drogi i niech mnie ktoś rozjedzie
– wszystko mi jedno.... Normalnie zwątpiła... No dobrze, już
dobrze – niech się pan rozstawia z tym namiotem ale może chociaż
motor niech zostanie tam na żwirku. OK – na to daję zgodę –
uuuchaaachaaachaaachaaa!!! Ech – te kobiety... Tym oto sposobem
miałem po raz pierwszy okazję do spania w nowiuśkiej jedyneczce i do
podymania sobie. Podymania sobie – znaczy się –
napompowania materaca.
Wokół las,
cisza, spokój, jedynie tu i ówdzie jakaś ptaszyna
zakwili, a ja leżę sobie jak książę pan pod baldachimem i czekam aż mi
się woda w kubku na zupkę błyskawiczną zagotuje – po pół
godziny wreszcie się zagotowała – hehehe. Gospodarze
niemal bez przerwy mnie obserwują kątem oka, a widząc moją skromną
garkuchnię i ogólnie niewielki dobytek, nie mogli wyjść z
podziwu jak ja sobie dam radę w dalszych etapach tej wyprawy.
Odpowiedziałem krótko: - Dzięki takim ludziom jak Państwo,
jestem bezpieczny i spokojny przez całą drogę – ależ to
podziałało – hehehe. Zaproszono mnie do łazieneczki, był natrysk,
pachnące wody i zabawny ręczniczek – niby z materiału a
jednorazówka – dziwne. Wygolony, świeżutki i lśniący
mogłem już teraz zanurzyć się w śpiworku i oddać błogim snom. Choć
wciąż było widno, zasnąłem jak „słodkie baby”...
Dzień czwarty – 07.06.2007 Cóż
za piękny poranek mnie przywitał – ymmm... Ledwie przetarłem
oczęta i rozpiąłem wejście do namiotu, a tu pani z tacą stoi i kawusię
z czajniczka proponuje!!! Mało tego, że kawusię to jeszcze dwa wielkie
kawały ciepłego ciasta swojskiej roboty!!! Całą noc piekli czy co?!
Nieeee – no tak pięknie to jeszcze nie było... A mówią, że
na Zachodzie to tylko sami tacy zimni i nieprzystępni ludzie żyją
– „gó...o–prawda”, sprawdziłem. No tak
– pojadł, popił – czas jechać dalej. Zwinąłem domostwo,
pożegnaliśmy się serdecznie i ruszyłem w stronę przejścia granicznego.
Minęło może z 15 minut, gdy już znalazłem się w Norwegii. Kolejna
nalepka na szybę i kolejna zmiana flagietek na maszcie –
uwielbiam ten moment – hihihi. Słońce nad głową, niebo
bezchmurne, nastrój doskonały, a więc pewnie spory kawałek dziś
podciągnę. W pewnej chwili dostrzegam budowlę, jako-żywo przypominającą
tę z Francji z ubiegłorocznego turnee do Afryki. No nieeee – ten
plac budowy muszę koniecznie sfotografować ekstra dla Krasnala. Wtedy
obaj robiliśmy zdjęcia podobnej konstrukcji i pewnie się Marcin ucieszy
i zdziwi, gdy teraz te moje zobaczy.
 |  |
Droga
do Oslo minęła szybko. Niestety muszę się przyznać, że po centrum
pobłądziłem ze dwie godziny, ponieważ drogowskazów na Bergen
owszem było sporo ale za to w różnych kierunkach. Spodziewałem
się, że tak będzie bo rzeczywiście z mojej mapy wynika, że można tam
dojechać kilkoma trasami ale jakoś nie mogłem trafić na ten właściwy
wariant dlatego też musiałem się kilkakrotnie wracać do centrum. W
końcu przystanąłem na jakiejś stacji żeby coś wciągnąć na ruszt, a przy
okazji kupiłem dokładniejszą mapę i wszystko miałem jak na dłoni
– droga E16 i będzie gicio. Kończyłem już śniadanko, gdy oto
podjechały dwa motorki no i oczywiście kierowcy (Norwegowie ona + on),
którzy naturalnie dosiedli się do mnie na chwilę aby się
przywitać i pogadać – czy ja doprawdy podróżuję sam?
– Hihihi.
 |  |
Jak się okazało to miejscowi
motocykliści dlatego dla pewności zapytałem czy znają wybraną przeze
mnie drogę i czy to dobrze, że akurat nią zamierzam jechać do Bergen.
Dziewczyna poradziła mi abym rzeczywiście po tej E16 kawałek pojechał
ale po jakichś 30 km w miejscowości Honefoss powinienem odbić na drogę
nr 7 – kierunek miasteczko Gol, no a jak już do niego dojadę to
szukać znaków na Torpo i dalej już prosto do samego Bergen.
Jadąc tamtędy widoczki napotkam ponoć przecudne, a kilometrów
przy okazji zaoszczędzę. No i o to chodzi! – Jeśli widoczki mają
być śliczne to pewnie, że śmignę na tę siódemkę. Jak to dobrze,
że wciąż jestem otoczony świetnymi ludźmi! No to cóż – Auf
wieder sehen meine norwegische Freunde!!! Grabula, uściski, uśmiechy i
ponownie jestem na trasie. Póki co sporo lasów –
czyli nic nowego – ale jak już zjechałem na tę 7-kę, to
rzeczywiście zaczęło się zmieniać. Owszem – droga także wije się
jeszcze przez las ale im dalej, tym bardziej jakoś to wszystko rzednie,
a ze wzniesień doskonale dostrzec można rwące rzeki, strumyki, a także
jeziora i jeziorka z malowniczymi wysepkami oraz górki,
pagórki i ostre zakręty. Człeka nie spotkasz tu wcale ale za to
pejzaże REWELACYJNE!
Można
by tak wklejać i wklejać te zdjęcia ale cóż z tego gdy
zapachów nie oddają, gdy rzeki nie szumią, gdy wiaterek nie
powiewa, gdy barwy nie mienią się w słońcu – ech... Nie mniej
jednak choć namiastką tego co tam widziałem, pragnę się na tych
stronach podzielić.
Jadę
sobie pomalutku, często przystaję i robię dużo zdjęć, dlatego też
niewiele ujechałem od ostatniego postoju ale wiem już, że jestem na
„ostatniej prostej” przed Bergen. Z ulgą zaczynam zdawać
sobie sprawę, że mam dwa i pół dnia na to aby przejechać
zaledwie jakieś 300 km i zdążyć na prom. Wiem, wiem – przede mną
jeszcze wielkie góry, no ale przecież jest czerwiec to po śniegu
u licha chyba nie będę musiał jechać. Skoro tak, to wcześniej dziś
skończę pracę za kierownicą i znajdę jakiś skrawek trawy na namiot
– najlepiej nad wodą. Nie było z tym żadnego problemu ponieważ
wzdłuż drogi widziałem wiele znaków na kampingi. Na biwak
wybrałem maleńką miejscowość (10 domków na krzyż) o wdzięcznej
nazwie Ustaoset. Ładna nazwa co-nie? Z resztą co tam nazwa –
placu miałem całe hektary, jezioro pod nosem, a do tego standardowo
łazienka, natrysk itd. – w końcu to porządny kamping.
Ależ
błogo się pływało w jeziorku, a woda czysta i CIEPŁA jak zupa –
czy ja na pewno jestem na Północy?... Co chwilę mnie coś
zaskakuje w czasie tej wyprawy ale najważniejsze jest to, że wciąż
jestem MIŁO zaskakiwany – oby tak dalej! Tak sobie rozważając w
namiocie, nagle miło zaskoczył mnie sen – to także przyjemne
zajęcie...