Skład ekipy:
1.Tadeusz i Dorota Dusza – Yamaha 750
2.„Dziadek” Karol i Krystyna Wysota – Honda Shadow 1100
3.Mariusz Kiersznowski i Ania – Honda Varadero
4.”Tata” Zbyszek Jurek – Honda Shadow 1100
5.”Mosiu” Grześ Mosiński – Kawasaki Vulcan 800
dzień 1 - 15.07.2007
Pobudka
w środku nocy (czyli o 5:00), szybkie śniadanko, wyprowadzam moto z
garażu , buzi żonce na pożegnanie i już jadę na miejsce startu czyli
pod garaż Karola. Na miejscu są już „Dziadek” Karol,
„Tata” i Marek Piątek. Marek jedzie z nami tylko do granicy
w Medyce i później ma spędzić urlop gdzieś w tamtych okolicach.
Chwile czekamy na Krystynę i parę minut po szóstej ruszamy w
stronę granicy czeskiej.
Szybko
przelatujemy 23 km przez Czechy i w Mirsku dołączają do nas Mariusz i
Ania. Już w pięć motorków udajemy się do Lubomierza na spotkanie
z Tadkiem i Dorotą. To właśnie Tadek pierwszy rzucił pomysł aby
pojechać motocyklami na Krym i on też przygotował całą logistykę
wyprawy. Dołącza do nas jeszcze syn Tadzia Piotrek z Sylwią, ale tylko
odprowadzą nas kawałek.
 |
 |
Załoga
w komplecie humory wspaniałe więc startujemy. Pogoda jest „bardzo
motocyklowa” czyli ciepełko, słońce świeci, chce się żyć. Plan na
dziś – dojechać do wsi Nienowice-Sośnica, jest to wioska
gdzie Marek spędził dzieciństwo, a że położona jest 12km od
granicy w Medyce to i nam bardzo pasuje. Tak więc pomykamy prze
Lwówek, Złotoryję w kierunku A-4. Wypadamy na autostradę, a
wiec trochę luzu i właściwie dopiero tu dociera do mnie fakt że
rozpoczęła się nasza podróż. Wszyscy zastanawialiśmy się jak tam
będzie, co z paliwem, noclegami, jak nas przyjmą ludzie i jak nas
będzie tamtejsza podobno wszechwładna policja traktować. Niewiadomo
kiedy czas zleciał i już tankujemy we Wrocku. Gdzieś między Opolem i
Gliwicami zatrzymujemy się aby coś zjeść i pożegnać Piotrka z Sylwią
którzy kończą podróż z nami i wracają do domu. Dzięki i
szczęśliwego powrotu, miło było że chciało się im turlać z nami ponad
300km.
 |
 |
Koło
Gliwic spotykamy sporą grupę motocyklistów wesoło machamy
łapkami i spory kawałek drogi jedziemy w dużej grupie. My musimy
tankować, zjeżdżamy na stacje paliw ( trochę zamieszania było, jakiś
pisk hamulców itp.), więc znów machamy spotkanym
motocyklistom i.. być może do zobaczenia. Autostradę to niepłatnš jak i
ta płatną pokonujemy szybko i właściwie nie ma na co patrzeć no poza
widokiem na klasztor w Tyńcu. Kraków mijamy bokiem, a od
Wieliczki zaczyna się normalna droga i taka też rzeczywistość, czyli
remonty, światła, ograniczenia, wysepki przed skrzyżowaniami. Dojeżdżam
do miejscowości Pilzno, słyszę przed sobą pisk hamulców,
samochody się zatrzymują – omijam jedna puszkę, drugą i
……… widzę….to…. straszne.
Honda Taty leży na boku wyciekają z niej płyny, a gdzie Tata?????? Ufff
chodzi nerwowo po poboczu. Parkuję sprzęta podbiegam do Zbyszka pytam
czy cos mu dolega, ale widzę że na szczęście nie ma poważnych obrażeń.
Reszta kolegów też jest już na miejscu podnosimy Shadow-kę z
asfaltu i obok drogi bierzemy się za oglądanie uszkodzeń. Tata
relacjonuje jak doszło do „gleby” – oczywiście jak to
u nas bywa kierowca samochodu nie zasygnalizował chęci zmiany pasa
ruchu tylko najpierw ostro zahamował... no i „Tata”
nie miał szans ani na zatrzymanie ani na ominięcie auta. Karol,
który widział wypadek Taty, mówił nam póśniej, że
wyglądało to bardzo śle. Zbyszek wywinął kilka
„koziołków” na asfalcie, na szczęście kask i
skóry uchroniły go od obrażeń. Moto nie wyglądało na mocno
uszkodzone – krzywa kiera, złamana dśwignia zmiany biegów,
zablokowana skrzynia biegów, uszkodzony kierunek, poniszczone
sakwy. Tadek znalazł we wsi życzliwych ludzi i pospawał uszkodzona
dśwignię, ale nic to nie dało. Mimo tego po wielu próbach nie
udało się odblokować skrzyni. Wspólnie ze Zbychem podejmujemy
decyzję i niestety tu w Pilznie kończy się jego wyjazd na Krym. Można
wierzyć lub nie, ale nam starym chłopom zakręciła się łezka w oku przy
pożegnaniu. Tyle przygotowań i chęci a wszystko wzięło w łeb.
Zbyszek
zostaje na kwaterze my ruszamy dalej, póśnym popołudniem
docieramy do Nienowic, małej popgrowskiej wsi, na budziku 710 km.
Przyjaciele Marka przyjęli nas bardzo serdecznie, mnóstwem
dobrego jadła i napitków. Najbardziej smakowała nam rybka wędzona pyszności (he he Tadek nie lubi rybki)
Siedzieliśmy
do póśnej nocy, a Staszek udzielał na wielu rad na temat
Ukrainy. Ech bawilibyśmy się z wami do rana, rozsądek jednak zwycięża i
udajemy się na spoczynek…. No może nie wszyscy
dzień 2 - 16.07.2007
Spać
nie mogę czy co? Wstałem około 7:00 a inni dopiero teraz mogli pospać,
PODOBNO chrapałem jak diabli. Uzupełniłem płyny w organizmie i powoli
zacząłem się pakować – powoli, bo trwało to do 10. W każdym razie
około 11:00 byliśmy na granicy w Medyce i tu za radą Stasia
wymieniliśmy złotówki na hrywny i dolary. Stach doświadczony
bywalec po ukraińskiej stronie poradził abyśmy wymieniali kasę na
najmniejsze nominały tak wiec miałem pół kieszeni
jednodolarówek i masę drobnych hrywien (póśniej był
kłopot z wymianą bo w kantorach nie chcieli przyjmować jedno
dolarówek hehe)
 |
 |
Wreszcie
ruszamy na przejście graniczne, kolejka samochodów na jakieś 2
godziny, słońce smali, Tadek podjeżdża do barierek bez kolejki my za
nim i … nic. Wypełniamy deklaracje, Ukraińcy sprawdzają
dokumenty pytają o motocykle ble ble ble
i………… jesteśmy po drugiej stronie bez
żadnych problemów. A tyle nasłuchaliśmy się dziwnych opowieści o
trudnościach na granicy. Wydajemy pierwsze hrywny (oczywiście na
napoje), żegnamy się ze Staszkiem – dzięki jeszcze raz za gościnę
- i ruszamy na podbój Ukrainy. Startujemy w samo południe,
jesteśmy sporo spóśnieni - ale niby gdzie mamy się śpieszyć?
Szyk ustalił się już wczoraj, prowadzi Tadek za nim Mariusz potem ja i
„Dziadek” na końcu to tak ze względu na wydechy. Ukraińskie
drogi od pierwszego kilometra dały w kość naszym amortyzatorom: dziury,
dziury i jeszcze raz dziury. Paręnaście kilometrów od granicy
zjeżdżamy na stacje Lukoil i tankujemy ich 98, pachnie jakoś inaczej,
ale jak się okazało póśniej jest całkiem OK! Przy każdym
tankowaniu pijemy jakieś płyny, zabieramy wodę ze sobą – jest
ciepło, nawet gorąco.
Jeszcze
nie zaczęliśmy dzielić się ze sobą pierwszymi wrażeniami, na razie
patrzymy więcej na drogę niż na krajobrazy. Dość sprawnie pokonujemy
kolejne kilometry aż do obwodnicy Lwowa, a może to nie obwodnica tylko
jakaś budowa? Czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy: różnice
poziomów nawierzchni dochodzą do 50-60 cm, co kawałek sterczą
pręty zbrojeniowe. Q...wa jak jechać żeby nie złapać kapcia??? Brak
pobocza uniemożliwia jakikolwiek postój, a nawet tu na tej niby
betonowej drodze przez gruzowisko fantazja kierowców ukraińskich
przechodzi ludzkie pojęcie. Właśnie muszę kilka słów poświęcić
tym „kozakom” – jeśdzi tu wszystko, co może się
poruszać o własnych siłach, czyli zabytki przedwojenne np. Gaz 40 i
supernowoczesne fury typu Audi A-8. Kierowcy ukraińscy mają głęboko w
tyłku przepisy ruchu drogowego jak też innych użytkowników
drogi. Wyprzedzanie na trzeciego to norma, wyprzedzanie na czwartego
jest normalnym zjawiskiem a „kozacy” potrafią wyprzedzać na
piątego. Linia ciągła jest dla cieniasów i obcokrajowców,
ograniczenia prędkości też. Za Lwowem droga trochę lepsza jedziemy w
kierunku na Tarnopol. Zauważam, że nawierzchnia zawsze jest
beznadziejna w granicach miejscowości, poza nimi jest jako tako. Udało
się objechać Lwów bez przebitych opon i uszkodzonych
amorków uff... Nastrój w grupie jest OK. Nasze damy nie
narzekają, a pewnie gorąco i jazda po tym torze przeszkód mocno
daje się im we znaki. Powoli przyzwyczajamy się do sposobu jazdy
Ukraińców. Policja się nas nie czepia, czyli jeeest super.
Zaczynamy się rozglądać za jaką knajpką bo czas już coś
„pokuszać”. Jakiś kawałek lepszej drogi Tadek pociska cos
koło 115-120 ja za nim Mariusz wyjątkowo jako trzeci. Przed nami jakieś
stare Ziły wloką się 60km/h linia ciągła ciągnie się prawie cały czas,
teren lekko pofałdowany Tadek wrzuca lewy kierunek ja oczywiście też i
łykamy te kupy żelastwa. Daleko nie ujechaliśmy, za następnym
pagórkiem patrol policji już na nas czekał. Blebleble dokumenty
ble ble i zapraszają mnie do samochodu, a co mi tam, mam przecież pełno
drobnych hehe! Pan policjant szybko sprowadził mnie na ziemię.
Mówi do mnie „Grzegorz ja nie mam czasu dawaj 100 hrywien
a te drobne dolary to możesz....” itd. No może nie
dokładnie tak ale to było w takim sensie. W tym czasie Dorotka opitala
gliniarza, że tylko nas czepia a Ukraińcy nawet przy policjantach linie
ciągłą mają za nic. Eee tam szkoda nerwów skończyło się na 70
hrywnach to około 42 zeta, czyli nie tak wiele. Zawiniliśmy to trza
płacić. Po tym spotkaniu w trochę nerwowej atmosferze jedziemy jeszcze
8 km i zatrzymujemy na pierwszy posiłek w miejscowości Ozierna.
Przydrożny bar w miarę smacznie i tanio, wybór dań niezły, czyli
„wsio w pariadkie”. Tu robimy małą przerwę i jest okazja
aby wymienić pierwsze spostrzeżenia. Ruszamy dalej, przejeżdżamy przez
Tarnopol, ładne duże miasto ślicznie położone nad rzeką Seret, ale
wierzcie że ciężko jest oderwać oczy od resztek asfaltu i dziur w
nawierzchni. Jak tylko chciałem zerknąć na jakiś ciekawy budynek, most,
bulwar, to za chwilę wpadałem w jakiś lej po bombie - masakra - tak na
prawdę to nie mamy czasu na zwiedzanie mijanych miast i nasze jest to
co zobaczymy z motorka. W Tarnopolu po napełnieniu zbiorników
paliwkiem i uzupełnieniu zapasów wody w organizmie ruszamy w
kierunku miasta Chmielnicki. Tadek prowadzi nas bezbłędnie, mapnik ma
na zbiorniku, ale popatrzeć na mapę może tylko na postoju hehe. Podczas
przebijania się przez Tarnopol mijamy się z Niemcem na BMW chyba 1100
RT, oczywiście lewa w górze pozdrowionka i lecimy dalej, a po
chwili gość zawrócił usiadł nam na ogonie i jedziemy razem, no
fajnie zapraszamy do wspólnej jazdy. Razem jedziemy do
Wołoczczijska a tu znów pomachaliśmy sobie wzajemnie - szerokiej
drogi - i tniemy dalej. Jakiś autobus przed nami kopci jak diabli
koniecznie trzeba go wyprzedzić, Tadek i Mariusz już migają lewym
oczkiem, ja oczywiście za nimi, a jadące z przeciwka autka mrugają do
nas światłami. Wiadomo radar to grzecznie zwalniamy i jedziemy
wolniutko przed autobusem, o nawet już widać policjantów, a tu
nagle z tyłu słychać głośne wydechy Karola, a jak wyprzedza nas z
uśmiechem na ustach to Tadek odwraca się do mnie i pyta „gdzie
ten Karolek tak się pcha??” Gdzie? Wiadomo prosto na patrol z
radarem. Zatrzymali Karola to i my stajemy, i jak na każdym postoju
wszyscy od razu chwytają za napoje. Karola szybko panowie skasowali na
40 hrywien. Można jechać dalej, ale robi się póśno wiadomo że
dziś nie damy rady dojechać do Umania, więc postanawiamy szukać jakiejś
noclegowni jak tylko miniemy Chmielnitski. To spore miasto nie
najlepiej oznakowane, o wiadomej jakości dróg. Przebiliśmy się
za miasto około 20:00 dojechaliśmy do miejscowości Krasnaja Striełka i
trafiamy hotel dla TIR-ów. Zamawiamy pokoje, manele do pokoju a
my do baru na pyszne zimne piwo. Smaku pierwszego piwka nie pamiętam,
połknąłem je chyba razem z kuflem, no następne były smakowite.
Nasze
kobiety zajęły łazienkę a my okupowaliśmy bar. Panie kelnerki dobrze
potrafiły liczyć, bo płaciliśmy za piwo po dwa razy. Wieczór
kończyliśmy na tarasie z kufelkiem a póśniej długie odmakanie
pod prysznicem i spać, spać..
dzień 3 - 17.07.2007
Znów
wstałem skoro świt - pić się chciało, to o 5:15 zlazłem do baru
znalazłem śpiącą barmankę i walnąłem zimny napój - wiecie to
była coca-cola o... takiej ładnej piwnej barwie. Wszyscy jeszcze spali
to i ja poszedłem grzecznie do wyrka. Na śniadanie przygotowano nam pyszne naleśniki, w przeliczeniu za jedyne 3 złote. Ruszamy około 9:00 a słoneczko już grzeje niemiłosiernie.
Kierunek
Winnica a potem Umań. Ruch na drodze duży mnóstwo
ciężarówek i znów walka o przetrwanie, tu obowiązuje
zasada, iż ten lepszy, kto większy, szybszy, ma droższą furę, albo też
kto ma większą fantazję. Prawie każdy kierowca pozdrawia
motocyklistów z początku było super, ale po pewnym czasie
zaczęło to drażnić i męczyć. Pozdrowienia te to ryczące klaksony, każdy
szoferak, obojętnie czy mijał nas czy wyprzedzał naciskał kilkakrotnie
na klakson w momencie mijania, czyli prosto w ucho - makabra -
szczególnie jak się jedzie w orzeszku. Folklor, ale bardzo
uciążliwy przy takiej masie samochodów. Dojeżdżamy do Winnicy i
tu trochę urozmaicenia: dwa niezłe zjazdy i podjazdy i coś
niespotykanego - mijamy grupę.... kolarzy. Samochodów jak
pisałem jest wiele na drodze, ale jednośladów nie ma, wcale albo
prawie wcale, nie znają tu pojęcia turystyka rowerowa, motocykle widać,
ale w miastach i na wioskach na trasie jest ich jak na lekarstwo. Tu
też spotkaliśmy się po raz pierwszy z osobliwą metodą remontu drogi
tzn. na jezdnię wylano kilka cystern smoły i po tej gorącej mazi
ślizgają się samochody, nam udało się to objechać poboczem uff a było
gorąco. Przed Umanien zatrzymujemy się na obiad w ładnej knajpce. Okazuje się że jest to małe muzeum
Pomarańczowej Rewolucji właściciel knajpki jest też miłośnikiem
motoryzacji, ma kilka starych samochodów ładnie utrzymanych i dwa
motocykle, oraz Zapka przerobionego na cabrio.
Zjadamy
bardzo smaczny obiadek robimy kila fotek i w drogę. Umań przez
który przejeżdżamy to ważny węzeł drogowy, na prawdę jest tu
duży ruch, policjantów też dużo, ale jak jedziemy zgodnie z
przepisami to nas nikt nie zaczepia. Zaraz za miastem przeżywamy
szok!!!!! Wpadamy na autostradę Kijów-Odesa - nowa
RÓWNA,GŁADKA nawierzchnia, czyli normalna europejska droga.
Chyba tylko po to abyśmy nie zgłupieli od tego dobrobytu Tadek
zaplanował powrót do ukraińskiej rzeczywistości już po 30 km .
Zjeżdżamy z autostrady w kierunku na Pierwomajsk i tu czeka na nas
niespodzianka czyli objazd (dość długi) po remontowanej w stylu
ukraińskim drodze. Na długości kilku kilometrów rozlana gorąca
smoła i brak pobocza chyba jeszcze nigdy tak nie bolały mnie ręce od
kurczowego trzymania kiery i pociłem się nie od gorąca tylko ze
strachu, aby nie zaliczyć gleby w tym smolnym piekiełku. Całą wieczność
trwało zanim wyjechaliśmy na normalną drogę. Powoli posuwamy się w
kierunku Mikołajewa, droga prowadzi przez dolinę Południowego Bugu,
jest to spora łagodnie wijąca się rzeka i musi być bardzo czysta gdyż w
każdej mijanej wsi przydrożni handlarze oferują raki – surowe,
gotowane jak i różne przetwory z nich. Handel przydrożny to też
specyficzna cecha tutejszego życia, zależnie od regionu mieszkańcy
wiosek wystawiają do sprzedaży owoce, albo tylko ziemniaki, arbuzy (po
ukraińsku dynie), są też większe bazary przy skrzyżowaniach
dróg. Drogi przeważnie biegną obok miejscowości a nie jak u nas
przez miejscowości. Po obu stronach droga jest obsadzona kilkoma
rzędami drzew chyba tylko po to, aby turyści nie oglądali
„dobrobytu” poradzieckiego. Zatrzymujemy się w jakiejś
wiosce zaraz za Mikołajewem, bo Tadziu wypatrzył beczkę z kwasem
chlebowym. Pyszny napój, a najważniejsze że zimny, nie
zauważyłem przy tych cysternach z kwasem żadnych agregatów
chłodniczych, jednak napój był cudownie chłodny, zagryzamy
„dyńką” i dalej na szlak. Robi się póśno zaczynamy,
więc trzeba szukać noclegu, po krótkiej naradzie postanawiamy
dojechać do Hercon miasta nad Dnieprem. Dowiadujemy się, iż na
przedmieściach Herconu jest jakiś motel, a może hotel? Hm, hotel jest,
ale troszeczkę drogi jakieś 270 hrywien, czyli 160 zeta. Wszyscy są
zmęczeni i może zdecydowaliby się zapłacić, ale wychodzi na to, że ja
musze zapłacić za cały pokój, czyli dwa łóżka. Proponuję
znaleść inną noclegownie jedziemy pod hotel Inturistu i tu pytam
taksówkarza o jakiś nocleg. Udało ma się trafić wg
wskazówek taksiarza do… Sanatorium „Czajka”.
Pewnie przydały by się jakieś zabiegi odnowy biologicznej, ale nic tu
już nie działało. Swoją drogą sanatorium w centrum dużego miasta????
Motorki na strzeżony parking, klamoty do pokoi a Tadek, Mariusz,
Dziadek i ja do sklepu nocnego po piwko i inne produkty. Do nocnego bo
już było po godz.22. W pokoju z Karolem wypiliśmy jeszcze po browarku a
może po dwa. I do łóżek. W dniu dzisiejszym prawie dogoniliśmy
harmonogram wyprawy.
dzień 4 - 18.07.2007
Wyjazd zaplanowany na 9:00. Plan
ambitny - dziś mamy dojechać do celu czyli nad morze Azowskie, do
miejscowości Mysowoje. W czasie pakowania podszedł do nas młody
człowiek w koszulce Harley-Davidson. Wiadomo że motocyklista, to
pogadaliśmy gdzie, co i jak, a Walentin sam zadeklarował pomoc w
znalezieniu stacji paliw i obiecał wyprowadzić nas z miasta.
Poczekaliśmy pół godziny i Ukraińskij Bajker podjechał Iż-em,
jak sam mówił z 1947 roku. Oczywiście maszyna poprzerabiana. Nie
był to cud techniki, ale Wala jeśdził tym co miał.
Udzielił
nam też rady abyśmy zmienili trasę ze względu na wypadek promu i tak
jak obiecał zaprowadził nas na stację Łukoil a po tankowaniu
wyprowadził nas z miasta. Trzeba było widzieć jak dumny był Walentin
prowadząc mały konwój motorków. Na drodze wylotowej
pożegnaliśmy naszego nowego przyjaciela - DZIĘKI WALA ZA POMOC -
i pomknęliśmy jakąś podrzędną drogą. Okazało się, iż ta podrzędna droga
była najlepszą drogą, jaką jechaliśmy do tej pory po Ukrainie, była
dobrze utrzymana, prowadziła przez pustkowie (zero policji) i można
było wreszcie więcej odkręcić manetki. Wszystko ma swoje wady i zalety,
wadą tej drogi był nudny, monotonny krajobraz. Droga zupełnie bez
winkli a nieliczne skrzyżowania pod kątem prostym. Płasko jak na stole
bilardowym. Taka w sumie mało motocyklowa droga ech...
Dodam
tylko ze bardzo silny wiatr jednostajnie wiał z jednego kierunku i
trzeba było jechać w niezłym przechyle. Dziś rano kurtkę schowałem do
sakwy a spodnie zmieniłem na lekkie. Jazda bez skór jest na
pewno mniej bezpieczna, ale bardziej komfortowa. Zatrzymujemy się na
posiłek i odpoczynek w małej miejscowości Kriwyj Pir na skrzyżowaniu
dwóch szlaków. Mały bazar, podła knajpka, wszechobecny
kurz, zapyziałe sklepiki, ale ludzie żyją tu wspaniali. Podeszła do nas
kobieta jak się okazało Polka z pochodzenia, która opowiedziała
nam dość tragiczna historie swojej rodziny. Później
zatrzymał się koło nas Ukrainiec pracujący na śląsku - bardzo
sympatyczny człowiek, moglibyśmy tak gadać do wieczora albo i dłużej
ale trzeba jechać dalej. Oczywiście
piliśmy tam kwas i jedliśmy jakieś owoce. Ręce kleiły się od soku z
arbuza i brzoskwiń, a gdy zapytałem sprzedawczynię gdzie można umyć
ręce to okazało się, że wodę dowiozą dopiero wieczorem...
Umyć
się można tylko w mineralce, biedny kraj i biedni ludzie. Wreszcie za
miastem Geniczesk mijamy granice Autonomii Krymskiej, nie ma żadnej
kontroli tylko policjanci są już w białych a nie niebieskich mundurach.
Pierwszy raz ukazuje się nam może Azowskie, przejeżdżamy przez słynny
Biały Most tzn. my jedziemy przez nowy, bo stary skorodował od soli i
nie nadaje się do użytku. Oglądamy też Arabatską Striełkę ponad sto
kilometrów mierzeji na której jest droga (taki nasz Hel
tylko dużo dłuższy).
Można
jeśdzić drogą przez Arab.Striełke, ale to prawie pełny offroad, brak
stacji paliw i kurz. Nam zdecydowanie odradzono jazdę na skróty.
Za Dżankoj odbijamy na Feodosje, do celu około 200km, jakiś
postój po drodze na stacji paliw i wjeżdżamy do Feodosji, widać
Morze Czarne. Jedziemy wzdłuż plaży, pełno ludzi - wiadomo pełnia
sezonu. Zatrzymujemy się na obiad w knajpce z widokiem na plażę.
 |
 |
Karol,
Krystyna i ja zamawiamy miejscowe danie o nic nie mówiącej nam
nazwie czebureki. To taki rodzaj pieroga z mięsem, okazało się że
znów nie zawiodłem się na ukraińskiej kuchni - smaczne to było.
Tankujemy i ruszamy dalej - do celu 50 km. Wreszcie witają nas
Mysowoje, mijamy miasto i jedziemy do wioski o tej samej nazwie, a więc
meta a na liczydle 2367 km. Tu jak wszędzie na Ukrainie nasze maszyny
wzbudzają ogromne zainteresowanie. Rozmawiamy sobie z ludźmi a Tadek
wykonuje telefon do pani, która miała nam zamówić
kwaterę….. Oo?? Coś chyba nie gra bo Tadziek ma nietęgą minę. Hi
hi hi okazało się, iż nasza znajoma jest już w Polsce a
kwatery……kwatery chyba musimy poszukać sami. Ruszam
z Tadkiem na poszukiwania a nasi towarzysze robią sobie zdjątka przy
pomniku żołnierzy radzieckich.
Chodzimy tak sobie od domu do domu i
wszędzie słyszymy...”nie ma, nie ma” jak w dawnym PRL-elu.
Coraz bardziej wydłużają nam się miny bo załoga padnięta a spać nie ma
gdzie. Wreszcie trafiamy na gościa, który wprawdzie sam nie ma
miejsc, ale wykonuje telefon do brata i uff… jest kwatera tylko
trzeba zobaczyć czy nam się spodoba. Mówię do Tadka że mi ta
kwatera bardzo się podoba, choć jej nie widziałem, ale czego mamy
szukać tym bardziej że… jest to ostatni
dom we wsi. Wołodia nasz gospodarz prezentuje nam kwaterę:
„Toalet u mnie jest” (mówił wskazując na stojacą
sławojkę) „Dusz u mnie jest”(pokazał pomieszczenie z beczką
wody na dachu), pokazał nam miejsca do spania i zapytał : podoba się??
My z Tadziem szybko i ochoczo potakujemy, uzgadniamy cene 5$/osobodzień
i zadowoleni wracamy do reszty grupy. Warunki
………no …. no dobre, ale lokalizacja jak
marzenie na samym końcu półwyspu do morza rzut beretem do knajpy
tak ze dwa rzuty tym samym beretem.
 |
 |
Instalujemy
się odświeżamy i lądujemy w knajpce na powietrzu. Po pierwsze trzeba
się czymś pokrzepić, wybieramy piwo, po drugie trzeba wznieść toast za
I etap podróży hehe wybieramy piwo no nie wszyscy (Ania popija
jakieś drinki). I
tak upływał wieczór na omawianiu poprzednich dni wysyłaniu
sms-ów do domu i kolegów, a że piwo na Ukrainie jest
doskonałe szczególnie jak panują upały po 40 stopni to do
póśnej nocy siedzieliśmy w knajpce.
|