Dzień pierwszy – 04.06.2008
Naładowany pozytywną energią i pomny wspaniałych wrażeń z roku
poprzedniego, oczekuję przed domem wraz z wypucowanym
„marauderkiem” na tradycyjne, doroczne przybycie
„Komitetu Pożegnalnego” – to już stały rytuał przed
każdą z wypraw.
I oto zjawia się nieliczna tym razem „gromada” w składzie:
Mama i Tato. Z kumplami-bikerami pożegnałem się już podczas
wczorajszego, wieczornego spotkania przy ognisku, a zatem nie pozostało
mi już nic innego jak zrobić sobie tradycyjne fotki z rodzicami, a potem już tylko pa pa pa i ruszam w drogę...
Na jednym maszcie tym
razem flaga rosyjska, bo właśnie od Rosji zacznę zagraniczną część tej
wyprawy, a na drugim polska oraz
„funkiel-nówka-bogatyńska” (tę otrzymałem przed
godzinką w prezencie od Magdy i Jacentego-Brody – dzięki Wam
Kochani!). Pogoda piękna, godzina odpowiednia – czyli nadszedł
właściwy moment na zafurczenie, zaklaksonienie, łapką pomachanie i...
odjechanie. Jak to zwykle w takich chwilach bywa, przez całe moje
wnętrze przelała się potężna, gorąca fala radości, wzruszenia, ale
pewnie również szczypta refleksji nad tym, jak też potoczy się
ta samotna wyprawa... Dzisiejszy etap mam zakończyć w Kaliszu u moich
serdecznych przyjaciół – Krysi i Pawła Olków. Znamy
się „od zawsze”, a Paweł jest moim świadkiem ze ślubu
– jakże mógłbym Ich zatem nie odwiedzić... Póki co
jadę na pełny gaz i wyłapuję pierwsze owadzie skrzydełka na
wyszczerzone uzębienie – hehehe. Za chwilę mam być przed salonem
SKODY w Zgorzelcu i spotkać się tu z kumplem z lat licealnych –
Sławkiem Lipowskim (niestety JESZCZE nie motocyklistą ale coś tak
czuję, że zaczyna łykać temat). I oto jestem.
Sławek już z daleka usłyszał „moje wydechy” dlatego też nie
musiałem go szukać i wyciągać z biura – stał przed salonem i
czekał z aparatem w dłoni. Pogadaliśmy, podowcipkowaliśmy, pośmialiśmy
się i po kwadransie uścisnęliśmy sobie dłonie na pożegnanie, ale
jeszcze przedtem Sławek zrobił mi pierwsze zdjęcie z pierwszego dnia i
z pierwszego odcinka etapu obecnej wyprawy.
No a teraz Ty Sławuś z powrotem DO ROBOTY!!! A ja – dalej na
KANIKUŁY!!! – Hehehehe!!! Fajnie się „pocina”, gdy
słonko odbija się w wypolerowanych niklach, a ciepłe strumienie
powietrza pozwalają nie tylko głęboko wdychać wiosenne zapachy i
cieszyć oczy zielenią i kwitnącą przyrodą, ale także umożliwiają
zrzucenie z siebie ciężkiej skórzanej katany. Wobec tego
przystanek na leśnej polance i zmiana wierzchniej garderoby –
ufffff.
Upał wzmaga się coraz bardziej, a w żołądku echo... Minąłem już
Bolesławiec, Lubin, Rawicz, a do Ostrowa Wielkopolskiego mam ledwie
„rzut beretem”, w takim układzie nie pozostaje mi nic
innego jak zjechać pod jakąś „gastronomiczną strzechę” i
przetrącić godziwy obiadek , a także uzupełnić płyny – w końcu
człowiek nie wielbłąd – napić się czasem musi – hihihi.

Dzwonię stąd do „Filka” – znaczy się – do Pawła
i umawiamy się, że wyjedzie po mnie na rogatki Kalisza, co bym nie
krążył pół dnia i nie szukał tej jego kaliskiej
dzielnicy-Wolicy, w której przyszło jemu wraz z rodzinką
mieszkać. Szczegóły miejsca spotkania uzgodnione – ruszam
dalej. Może po jakichś 35 kilometrach byłem już w umówionym
miejscu i skręciłem w prawo – zgodnie z ustaleniami. Hmmm... Miał
tu być przecież jakiś wiadukt czy most, ale ni ma... Dzwonię do
przyjaciela. – No tak... Zjechałem o jeden zjazd za wcześnie
– upsss – no nie mogło być inaczej – hihihi. Wreszcie
po kilu minutach spotykamy się i witamy serdecznie, a już dalej –
jak po sznureczku (pewnie dlatego, że byłem pilotowany przez Pawła)
– dojeżdżamy na miejsce. Jak zawsze piękna i uśmiechnięta pani
Krysia tonie już w moich objęciach – a łezki z dwóch par
oczu tak sobie płyną same – kapu-kapu-kapu-kap... Dziś zdjęć
ledwie kilka – szkoda czasu. Najpierw musimy się przede wszystkim
sobą nacieszyć, nasycić, nagadać do woli – a doprawdy jest o
czym...
 |
 |
Do bardzo późna wspominaliśmy i opowiadaliśmy sobie o tym co
było i o tym co jeszcze przed nami... Ech – jakże wspaniale jest
być wśród bliskich, z którymi tak wiele się niegdyś
przeżyło. Niemal dniało, gdy położyliśmy się spać...
Dzień drugi 05.06.2008
Dziś znów zapowiada się piękny, pogodny dzień. Nie sposób
usiedzieć w mieszkaniu, gdy za oknem bezchmurne niebo i zieleń w
ogrodzie. Nie sposób także nie zapalić fajeczki z rana, dlatego
schodzę na paluszkach do ogrodu, przypalam cygaretkę i witam się z
żywym inwentarzem na „filkowej gospodarce”.
Kurcze! – Jak Wy tu macie bosko!!! Krzyknąłem z nieukrywaną
zazdrością, gdy Krysia z Pawłem, także już zjawili się w ogrodzie.

|

|
Po śniadaniu zaczynam znosić manele i znów obładowywać nimi
motorek. Gospodarze oczywiście protestują i namawiają mnie do
pozostania jeszcze choćby na jeden dzień, ale chociaż rzeczywiście mam
dużo czasu do wjazdu na teren Federacji Rosyjskiej (wszak wizę wjazdową
mam ważną dopiero od 9-tego czerwca), to jednak chcę jeszcze sporo
miejsc odwiedzić i pozwiedzać w trakcie tej wyprawy. Zresztą już
wczoraj o tym rozmawialiśmy i dlatego – mimo nalegań –
wiedziałem, że rozumieli mnie doskonale, bo przecież kto jak kto ale
PRAWDZIWI PRZYJACIELE rozumieją się nawet bez słów... A zatem
– mimo oczywistego żalu – żegnamy się i po chwili oddalam
się z miejsca, w którym zawsze byli, są i pozostaną moi
wspaniali Przyjaciele. Do zobaczenia Kochani!!! W trakcie wczorajszych, wieczornych rozmów – Paweł
poradził mi abym koniecznie udał się Lednogóry położonej nad
brzegiem Jeziora Lednickiego, bo jest tam co zobaczyć i z pewnością
znajdę miejsce na rozbicie namiotu. Tak więc za namową mojego Druha,
jadę najpierw do Konina, a potem mijam Słupcę i Wrześnię, aż w końcu
napotykam na oryginalną palisadę tuż przed Gnieznem.

Eeeeee-noooo.... – Nie wypada nie odwiedzić pierwszej stolicy
Polski! Szukam właściwego zjazdu do centrum i już po kilku minutach
parkuję na gnieźnieńskim rynku, tuż obok Gnieźnieńskiej Katedry.
A potem spacerkiem pod katedrę i jeszcze kilka ujęć spod pomnika Chrobrego,
by po godzince łazikowania ponownie znaleźć się na centralnym deptaku.
Teraz jestem całkowicie usatysfakcjonowany – spojrzeć prosto w
oczy króla Polski (nie szkodzi, że kamienne – hihihi)
– niezapomniane przeżycie! No cóż – czas rozstać się
z królem i z królewskim grodem. Jest 15-ta, a więc jakieś
żarełko zdało by się wciągnąć gdzieś na trasie. Ot choćby tu – w
„baro-exkluziwie” – hehehe.
Do Lednogóry dojechałem bez błądzenia, a od przydrożnego
żniwiarza dowiedziałem się gdzie można ustawić namiot. Miało to być
trawiaste podwórze w obrębie pensjonatu pod nazwą „Zacisze
Lednickie”, czyli tutejszego Domu Pielgrzyma... Upssss... Czy ja
aby wyglądam na
pielgrzyma?... No nie wiem...
Na miejscu spotykam człeka, który
odradza mi spanie wśród mrówek i komarów,
proponując jednocześnie gratisowy nocleg w budynku, a nadto garażowanie
motorka! Rety!!! Sami święci ludzie tu żyją! No a skoro tak – to
świętym raczej się nie odmawia – hihihi. W takim razie „pan
motorek” do garażu, a pan motocyklista z wielkim kluczem w garści – na pokoje!– BINGO!
Wszystko ładnie-pięknie ale gdzież jest to Lednickie Jezioro? Z drogi
zupełnie nie było go widać. Hmmm – słonko już z wolna obniża się
na horyzoncie, a więc zostawiam wszystko w pokoju i czym prędzej idę
szukać sitowia, trzcin i wody. Po drodze dopadają mnie chmary
komarów tak wielkich jak ruskie czołgi! Chyba faktycznie jestem
już coraz bliżej Rosji – nie tylko szuwarów – hehehe.
Ale to nic – idę dalej i nagle... Łaaaaał!!! – Ależ pięknie tu!!! – Nie ma co!!!
Rozmarzyłem się nad tą wodą i przesiedziałem nad jej brzegiem do samego
wieczora. Wokół tylko cisza, spokój, spokój i
jeszcze raz spokój... Mógłbym tak do rana tu siedzieć i
słuchać zewsząd płynącej serenady żabich zalotników ale jednak
ten czerwcowy wieczór nie był jeszcze zbyt ciepły. Było już
zupełnie ciemno, gdy opuściłem to urocze miejsce.
Wracając zauważyłem, że wszystkie komary już poszły spać, czyli i na
mnie już pora... Oj! – Zasypiało mi się tej nocy wyjątkowo
smacznie...
Dzień trzeci – 06.06.2008
To prawda, że bardzo mi się tu podoba dlatego zanim stąd odjadę na
dobre, to zrobię rundkę dookoła jeziora i zobaczę, cóż tam na
drugim brzegu się znajduje – Paweł wspominał o jakimś skansenie
czy cuś... Ano zobaczymy. Klucz od pokoju zostawiam w dźwierzach (tak
jak uzgodniliśmy to z właścicielem) i schodzę z tobołami do garażu.
Pięć minut pakowania i już jestem na wyboistej ścieżce, wiodącej wzdłuż
podmokłego brzegu. Wreszcie dojeżdżam wprost do bramy wspomnianego
skansenu, a właściwie to było muzeum.
Z godzinkę pozwiedzałem to osobliwe miejsce, próbując wyobrazić
sobie życie zarówno wojów jak i innych ówczesnych
mieszkańców, krzątających się w tej ufortyfikowanej osadzie.
Ciekawe czym się tu całymi latami zajmowali... Pewnie grali w pasjansa
albo w kulki – no bo co na takim odludziu można robić? –
hihihi. Jeszcze nie bardzo wiedziałem gdzie zakończę dzisiejszy etap,
ale jednego byłem pewien – aby to znów było nad jakimś
jeziorem i najlepiej w namiocie, no bo w końcu po diabła go wożę?..
Hmmm – rzut oka na mapę... Zaraz, zaraz – mam w planie
przecież Malbork. W okolicy tego miasta od „niebieskich
plamek” na mapie aż się roi – czyli są jeziora, a tym samym
szansa na dzisiejsze spanko w namiocie jest bardzo realna. Taaaak
– to jest bardzo dobry pomysł, bo po pierwsze – kroczek po
kroczku zbliżam się do granicy z Rosją, a po drugie – mam w
Malborku przecież kogoś kogo pragnę poznać, odwiedzić i powitać...
Urokliwa Osóbka z którą wraz z Mareckim i Krassnallussem
spędziliśmy trzy wspaniałe dni w Afryce – Justynka, sama z
radością zaprosiła mnie do swojego mieszkanka, gdy będąc jeszcze w
Bogatyni rozmawiałem z nią o mojej obecnej wyprawie i wspomniałem o
ewentualnej wizycie w jej rodzinnym mieście. W takim razie
póki-co, dziś atak na Dąbrówkę Malborską (duża niebieska
plama w pobliżu), a jutro być może spotkanie z Justynką, jej mężem i
mamą... Ech – jakże się cieszę na samą myśl! Ano zobaczymy co z
tego wyjdzie – zadzwonię do niej wieczorkiem... Tymczasem lecę
dalej w tę wiosnę – niczym wolna ptaszyna, zatrzymując się tylko
przy CPN-ach (gdzie podobnie jak ja – ptaszyny także się
zatrzymują się – niczym kierowcy) – hehehe
 |
 |
Dziś zaliczę etap z pewnością nieco dłuższy niż dwa poprzednie. Klecko,
Janowiec Wielkopolski, Żnin i Szubin już za mną, a w tej chwili kołuję
na obwodnicy bydgoskiej i obieram kurs na Świecie, Grudziądz, Kwidzyń,
Sztum. Pięknie leci się po gładkiej jak stolnica drodze, a taką właśnie
jest ten dzisiejszy odcinek. W Sztumie melduję się mniej więcej o
17-tej i tu przystaję na godzinkę aby posilić się kaszubskimi
specjałami – nijam-nijam-nijam... Z mapy wynika, że jestem już
prawie na miejscu – zostało nie więcej niż 15 kilometrów.
Nafutrowany po brzegi, zjawiam się w Dąbrówce Malborskiej i
niemal z marszu znajduję miejsce, o którym myślałem już od rana
– czyli jezioro-cudeńko... Ymmm – lepiej wybrać nie
mogłem...
Stoję nad brzegiem i napatrzyć się na tę okolicę nie mogę, ale w końcu
biorę się do roboty i błyskawicznie ustawiam domek na świeżo wykoszonej
łące.

Koniecznie muszę teraz skontaktować się pilnie z Justynką, aby
zaplanować jutrzejszy dzień. Telefon do garści, numer wybrany –
czekam… Tuuuut, tuuuut, tuuuut... – Dzień dobry Justysiu!
Jestem już prawie pod Twoim domem – co Ty na to? Drżący głosik w
słuchawce nieco mnie zasmucił, ponieważ zastałem Justynkę w okolicach
Gdańska, a nie w Malborku – buuuu… Jaka szkoda…
Jednak mimo to, bardzo mnie prosiła abym do jej mieszkania jutro
pojechał, ponieważ uprzedziła swoją mamę o mojej wizycie i mam się tam
czuć jak u siebie. Hmmm – skoro mimo wszystko ktoś jednak na mnie
czeka, to przecież nie popełnię nietaktu i raczej skorzystam z
zaproszenia, choćby nawet tylko po to aby się przywitać. W końcu
poznawanie nowych ludzi jest bodaj największą przyjemnością podczas
tych moich wojaży. No dobrze – odwiedzę Twoją mamę i mam
nadzieję, że jej nie wystraszę – hehehe. Tymczasem trzymaj się
Justysiu i do zobaczenia przy innej okazji – pa, pa, pa…
A co teraz?... Jak to co?! – Wiadomo! Ubranie z siebie „do
zera” (upsss) i plum do wody! Ciekawskich informuję, iż ani
syreny, ani nimfy wodne, ani też żadne inne topielice nie buszowały
tego popołudnia w jeziornej toni – niech żałują – hehehe...
Odświeżony, zrelaksowany i zadowolony po brzegi, wsuwam się do śpiworka
i wciąż gapię przed siebie aż do samego wieczora... Wokół pusto,
cicho, spokojnie – istna sielanka. Rety!!! – Jak mi tu
dobrze!!! Nie wiem czy faktycznie zdążyłem wydać z siebie ten okrzyk,
czy już tylko mi się to przyśniło...
Dzień czwarty – 07.06.2008
Co do pogody, to tylko jedno słowo – jest SUPER! Kawa zaparzona
na łonie natury smakuje wyjątkowo pysznie i świetnie nastraja na cały
dzień, dlatego też, tuż po jej „wchłonięciu” zwijam
domostwo i wyruszam na Malbork. Mam do przejechania nie więcej jak 12
kilometrów w takim razie nie będę się spieszył z odwiedzinami
mamusi i budził jej skoro-świt. Jest w Malborku tyle miejsc do
zwiedzania, że co najmniej do 10-ej mi zejdzie. No i zeszło...
Na Zamku Krzyżackim byłem już kilka razy za młodu, ale tak jak
wówczas tak i dziś, zrobił on na mnie ogromne wrażenie. Nie mogę
sobie wyobrazić w jaki sposób kilkaset lat temu – bez
dźwigów, betoniarek i wszelakich innych maszyn budowlanych,
udało się go Krzyżakom zaprojektować i z milionów cegieł
wybudować. No cóż – nałaziłem się już wystarczająco
– pora na złożenie wizyty u nieznajomej. Najpierw jednak
podjeżdżam do pobliskiej kwiaciarni i zaopatruję się w odpowiednie
„bukieto-alibi” żeby przypadkiem drzwi nie zatrzaśnięto mi
przed nosem – na widok takiego skórzastego dziwoląga z
chustą na głowie, kulturalni ludzie mają prawo różnie zareagować
– hihihi. OK – kwiecie elegancko przystrojone i odpowiednio
zabezpieczone przed pognieceniem – jadę szukać ulicy
Michałowskiego. Znajduję właściwy budynek wśród osiedlowej
zabudowy i ustawiam sprzęcik pod właściwą bramą wejściową. Teraz
głęboki oddech, bukiet do garści i dreptam na piętro (chyba trzecie?)
pod właściwy numer mieszkania – nogi trochę drżą (a gdzie tam
trochę – mam pietra jak cholera!!!!)… Stało się –
nacisnąłem na dzwonek… Drzwi uchylają się z wolna i po chwili
dostrzegam zdumioną twarz młodziutkej kobiety, która z powagą
zerka na mnie badawczo – czuję, że zaczynają mi się pięty
palić… Domyślam się, że to mama Justysi ale nie mogę wykrztusić
z siebie słowa na powitanie, ponieważ coś mi się wydaje, że jednak dziś
nie bardzo spodziewa się gości… Rety! – Chyba jednak stąd
zwieję!… Wreszcie widzę jak na ślicznej, dziewczęcej twarzy
pojawia się wciąż jakby zaskoczony lecz serdeczny i przyjazny uśmiech
– ufffff – znaczy się jestem w domu… Wręczając
powitalny bukiet, przedstawiam się jako najstarszy kolega jej
córeczki, o którym zapewne już nieco słyszała…
Ależ tak, tak – Justynka opowiadała mi o panu – potwierdza,
zatem pierwsze lody zostały przełamane – jestem zaproszony do
mieszkania. Przez ponad godzinę rozmawialiśmy przy kawusi, w atmosferze
tak swobodnej jakbyśmy znali się od lat. Wiele osób miałem w
życiu okazję spotkać i poznać bliżej, ale ta króciuteńka wizyta
w gościnnych progach Marysi (tak właśnie ma na imię) sprawiła, iż na
bardzo długo to spotkanie zapadnie w mojej pamięci, ponieważ poznałem
osobę bardzo inteligentną, wesołą, a przy tym wyjątkowo serdeczną i
miłą. Bardzo, bardzo dziękuję Tobie Marysiu za gościnę i pozdrawiam
gorąco. No cóż – pora już zbierać się do drogi. Wymieniamy
numery telefonów i żegnamy się. Obiecuję meldować się co jakiś z
kolejnych etapów wyprawy. Gdy odjeżdżałem już z osiedla,
intuicyjnie spojrzałem przez ramię raz jeszcze w stronę budynku, z
którego przed chwilą wyszedłem i w jednym z okien ujrzałem
pozdrawiającą mnie dłonią, moją nową Znajomą. W tym momencie zapodałem
ostry klakson, następnie pełna „przegazówka”, lewa
rączka w górze i ogień!!! – Ku nowym przygodom!!! Obieram
kierunek na pobliski Elbląg, a potem zobaczymy. Droga bardzo dobra,
pogoda jak marzenie, radocha w sercu i wiatr we włosach – no i o
to chodzi!!! W powietrzu coraz wyraźniej da się wyczuć zapach morskiej
bryzy i tak mnie jakoś naszło, aby z elbląskiej obwodnicy zjechać
bliżej Zalewu Wiślanego i przejechać się wzdłuż plaży, aż do miasta
Kopernika – czyli do Fromborka – tu jeszcze nigdy nie
byłem. Plan zrealizowałem śmigając przez Suchacz, Kadyny, Tolkmicko i
Pogrodzie. Po lewej ręce falujący Zalew, a po prawej zielone lasy
– ymmm, cóż za piękna trasa. We Fromborku zameldowałem się
około pierwszej po południu, ustawiając się tuż przy baszcie widokowej
i pomniku naszego wielkiego astronoma.
Jak okazało się niebawem, zaparkowali tu również uczestnicy
zlotu motocyklowego, który odbywał się od kilku dni w pobliskim
Tolkmicku (szkoda, że nie wiedziałem o zlocie, gdy tamtędy nie dawno
przejeżdżałem). Szybko jednak zaznajamiam się z wesołą
„kompaniją” – to normalne – i porozprawialiśmy
sobie przez dłuższą chwilę o naszych motocyklowych tematach. Potem
pamiątkowe fotki – a jakże... Niesamowicie spodobał mi się ten „TRAMBORDŻINI”
przyozdobiony autentycznym trampkiem – super pomysł!!! Naturalnie
on także był uczestnikiem i maskotką tolkmickiego zlotu.
Gdy zlotowcy odjechali, poszedłem do baszty obczaić jakieś pamiątki, a
tu niespodzianka... Oprócz stoiska z „souvenirami”
oraz biura informacji turystycznej, można tu było także nabyć bilety na
rejs statkiem na Mierzeję Wiślaną, a ściślej do Krynicy Morskiej...
Promu, a nawet przystani promowej stąd co prawda nie widać, ale pewnie
jest gdzieś w pobliżu, skoro tu kupuje się bilety. Jeśli dobrze sięgam
pamięcią, to od pierwszej dalekiej ekspedycji z roku 2003, nie zdarzyło
mi się jeszcze tak, abym w którejkolwiek z kolejnych
podróży, nie zaliczył choćby jednego odcinka „jazdy po
wodzie”. A więc może by tak statkiem do Krynicy Morskiej?...
Podchodzę do siedzącego przy stoliku dżentelmena w białej, marynarskiej
czapce na głowie i z długą, wygiętą jak znak zapytania fajką w zębach,
a na dodatek z lekko już siwiejącą brodą. Normalnie – książkowy
kapitan Nemo!!! Dzień dobry! – Przepraszam pana – czy są
jeszcze do nabycia bilety na dzisiejszy rejs do Krynicy? A ile pan
potrzebuje? Chciałbym tylko jeden na osobę i jeden na motocykl... Na
mo-to-cykl?! – Facet krztusi się fajkowym dymkiem i z
niedowierzaniem na mnie patrzy... No tak, na motor inaczej
mówiąc... Ależ to jest ABSOLUTNIE WYKLUCZONE, gdyż statek nie
jest przystosowany do przewozu pojazdów – to niewielka
pasażerska, typowo turystyczno-wycieczkowa jednostka... Ale ten
mój motoreczek też jest taki tyci-tyci-malućki, więc może jednak
da się coś zrobić?... Mój rozmówca – rzeczywiście
kapitan tej jednostki, jak się wkrótce okazało – wychodzi
na dwór aby rzucić okiem na tę zabaweczkę i kładzie się ze
śmiechu. Hahahahaaaaa – udał się panu ten żart jak cholera! Nie
ma co!!! Hahahahaaaaa – Dawno się już tak nie uśmiałem i dlatego
mimo wszystko i wbrew przepisom, spróbujemy jakoś tego pańskiego
byka za rogi tam wciągnąć – hahahaaaaa. Ja także zacząłem
rechotać ze śmiechu i z radości skakać do góry, bo znów
mam farta!!! Bilet w garści – jadę do przystani. Upsssss –
No faktycznie będzie problem z wjazdem przez tę boczną furteczkę... Na
szczęście znalazła się jednak jakaś grubsza decha o szerokości moich
opon i centymetr po centymetrze wjechałem na pokład „ANITY”
– BINGO!!! Dzięki Panie Kapitanie!!!
Wkrótce pokład zapełnił się gromadą wesołej młodzieży szkolnej,
a także dorosłymi wycieczkowiczami, a dokładnie o 15.00,
wciągnięto cumy – znaczy się – płyniemy! Ahoj przygodo!!!
W ten oto niekonwencjonalny sposób, wieloletnia tradycja
morskich przepraw „promowych” została jednak zachowana i
postaram się już o to, aby w następnym roku, także ją kontynuować
– to takie miłe – niby nie jadę, a jednak jadę –
hihihi. Po dwóch godzinach sędziwa „ANITA” dobija do
krynickiego nabrzeża. Zjechać z pokładu było jeszcze trudniej (bo
tyłem) ale „dalim radę” – (ledwie) hehehe. W mieście
gwarno, tłoczno – ruch jak w szczycie sezonu. Nie lubię takiego
ścisku, dlatego postanowiłem pojechać wzdłuż mierzei i znaleźć gdzieś w
okolicy jakieś spokojniejsze miejsce na biwak lub kwaterę – tym
bardziej, że przydałoby się wziąć natrysk po wyczerpujących manewrach
na „krypie-ANICIE”. Odpowiednie lokum znalazłem w Kątach
Rybackich i tu także zostałem na nocleg.
Dzień piąty – 08.06.2008
Pogoda wciąż wspaniała! Raniutko podłączam komórkę do ładowarki
w motorze (zapomniałem zrobić to w pokoju) i po wyjściu na
podwórko, ucinam sobie pogawędkę z „sąsiadem”.
Plan na dziś, to dojechać jak najbliżej granicy – od jutra, wiza
rosyjska nabiera mocy. Spoglądam na mapę i wydaje mi się, że najlepszą
bazą przed jutrzejszym szturmem na Rosję, będzie Nowa Pasłęka –
stąd to już tylko „żabi skok”. Ekwipunek na sprzęcie,
paliwo pod korek, gębula uszczęśliwiona od ucha do ucha – nu i
paszoł ja w pjeriod! Bez zatrzymywania szarżuję przez Sztutowo, Tujsk,
Nowy Dwór Gdański, Elbląg (wczoraj też już w nim byłem), Wierzno
Wielkie, a postój na „lunch” – hehehe, dopiero
w Braniewie.
Jak to na każdym postoju bywa – chętnych do zrobienia fotki z
„panem motocyklystą” – nie brakuje i nie ukrywam, że
jest to bardzo miłe. Od ojca tej młodej pannicy dowiaduję się, że
dokonałem dobrego wyboru kierując się do Nowej Pasłęki, a przy okazji
podpowiedział mi abym zatrzymał się w tamtejszej tawernie pod nazwą
„Dom Rybaka”. Zna to miejsce osobiście i gwarantuje nie
tylko tanie zakwaterowanie ale także miłą obsługę i piękne walory
przyrodnicze całej okolicy. No proszę – jak dobrze jest być
otwartym na ludzi... No i faktycznie tak było. Zbliżając się do miejsca
docelowego, raz po raz zatrzymywałem się i robiłem zdjęcia na lewo i
prawo, ponieważ odnosiłem wrażenie, że tu czas jakby zatrzymał
się i przycupnął na dłużej w tych malowniczych stronach.
Gdy tylko wjechałem na dziedziniec Domu Rybaka, od razu przywitała mnie
gromadka zaciekawionych osób – zarówno
stacjonujących w tym ośrodku żeglarzy jachtowych jak i gospodarzy tego
obiektu. Bardzo szybko znalazł się „garaż” dla
niestrudzonego jednośladu (drewniana wiata w której zazwyczaj
grillowano w czasie niepogody) oraz „wychuchany pokoik” na
poddaszu dla motocyklisty. Faktycznie lepszego miejsca wybrać nie
mogłem – jest plaża, jest morze, jest rzeka, jest pięknie, jest
sielankowo, jest BAAAAAARRRRR czyli jest SUPER!
Całe popołudnie spędziłem na plaży – a to kąpiąc się, albo leżąc
plackiem na piachu, albo też spacerując wzdłuż brzegu morza –
wiadomo – jak to na plaży w upalny dzień. Będąc już nieźle
„podpieczony” czerwcowym słońcem, wróciłem na
podwórko Domu Rybaka, a tu niespodzianka... Gospodarz wraz z
przyjaciółmi raczyli się dopiero co upieczonym karczkiem i
kiełbaskami z grilla, no i oczywiście zaprosili mnie do swojej
gromadki. Do wieczora zeszło nam na żartach piwkowaniu, a także
kolejnych specyjałach z grilla i ciekawych żeglarsko-motocyklowych
opowieściach. Jest o czym opowiadać, gdy ma się pasję...
Było już grubo po 23-ej, gdy położyłem się do łóżeczka...