Podboju Europy etap ostatni czyli Kosowo 2009




część 1 część 2 część 3 część 4 część 5



Dzień piętnasty – 14.06.2006

Dziś już z samego rana biegnę na plażę, aby po raz ostatni zażyć morskiej kąpieli. Tak – dziś chcę już wracać w kierunku domu, ponieważ Niemiaszki coś wieczorem pobrzękiwali, że pogoda ma się wkrótce zmienić i że zapowiadane są siarczyste deszcze od strony Alp… No to w takim razie, nie ma co zwlekać. Wypluskałem się szybciutko w cieplutkim morzu, a teraz zamówiłem śniadanko w plażowej „jadłodajni”. No dobrze – mogą być tosty i sok z pomarańczy – ile razem?


Nie lubię tak „na słodko” od rana, no ale nic więcej o tej godzinie, zamówić się nie dało. Wracam do namiotu i błyskawicznie zwijam swoje domostwo. Idzie mi szybko i sprawnie, ponieważ sam fakt że być może jeszcze dziś dojadę do domu – bardzo mnie cieszy i mobilizuje. Przecież osiągnąłem już wszystko co wcześniej zakładałem, a więc do domu czas wracać – huuurrrrraaaaa! Start o 11.00. Wylatuję za Koperem na autostradę i nawet nie zdążyłem zauważyć, gdy minąłem Lubljanę. Teraz granica z Austrią, no i faktycznie moi znajomi z pola namiotowego mieli rację – zaczyna się mocno chmurzyć.

W każdym razie śmiać mi się zachciało na tym postoju, bo tak sobie przypomniałem, że ta Austria to ma straszliwego pecha z mojego powodu, jeśli idzie o fotografowanie. Za każdym razem, gdy wracam przez ten kraj z wyprawy, to robię tu najwyżej jedną fotkę, no ale – wiadomo – to „tylko ostatnia prosta” do domu, no a przecież wówczas nie o fotografowaniu myśli się najbardziej… Mimo wszystko deszcz nie padał, a więc do samego Wiednia szło gładko i na sucho. Ledwie ujechałem 17 kilometrów za Wiedeń, a tu nagle „pstryk” – zerwała się linka od gazu i… koniec jazdy… A żeby to diabli wzięli!!!



Był już prawie wieczór i nie mogłem stać na głównej drodze, bo by mnie tu rozjechali, dlatego zepchnąłem maszynę na najbliższą boczną „ścieżynę” i tu oczekiwałem na jakąkolwiek pomoc. Długo nie trwało, gdy podjechał do mnie austriacki motocyklista – uffff. Pogadaliśmy chwilę, rozeznał temat i zadzwonił do znajomego mechanika. Jego rozmówca zagwarantował, że jutro z samego rana przyjedzie z lawetą i do warsztatu mnie dostarczy, a więc jest dobrze. Wobec tego nic mi nie pozostało jak tylko koledze-bikerowi podziękować i organizować sobie spanko bo już ciemno zaczęło się robić…Nie rozbijałem jednak namiotu – nie chciało mi się… Ułożyłem się jako-tako na siodełku i jakoś zasnąłem, choć luksusowo nie było…


Dzień szesnasty – 15.06.2009

O dziewiątej rano podjechał mechanik, a już po piętnastu minutach motorek stał w warsztacie pod nazwą „CAR & BIKE” w miasteczku Wolkersdorf.



Jest tylko jeden mały problem – otóż linkę trzeba zamówić we Wiedniu, a dostawy można spodziewać się najszybciej jutro – upsss… W takim razie mam przymusowy postój na cały dzień – no trudno – nic nie poradzę. Wobec tego z konieczności muszę pomału rozglądnąć się za jakimś noclegiem. Zanim jednak coś konkretnego ustaliłem, pan mechanik podszedł do mnie i wskazał palcem na spory budynek, porośnięty winoroślą… No tak – wszystko jasne – wystarczy podejść 150 metrów i spanko gotowe. A co mi tam – w końcu mam jeszcze urlop! Niech więc będzie raz i hotel – hehehe. Pozbierałem bagaże z motorka i podreptałem do recepcji „KLAUS’A”.


Wolnych pokoi w bród, tak więc problemu z zakwaterowaniem nie było żadnego. Dziś już nosa na dwór nie wychyliłem. Cały dzień przeleżałem na łóżku i oglądałem telewizję. Kanałów co nie miara, a więc było w czym wybierać. Wieczorem zszedłem jedynie na obiado-kolację, a po niej – z powrotem wróciłem do pokoju, w którym leżałem jak panisko na ogromnym łożu i do północy zajadałem się przed TV, kilogramami orzeszków pistacjowych – pysznotki moje ulubione. Nawet nie wiem o której zasnąłem…


Dzień siedemnasty – 16.06.2009

Witaj nowy dniu! Dniu, w którym już będę w swoim domku! Pogoda super, a więc szybko uwijam się ze śniadankiem i wiedząc, że linka będzie dopiero o 10-tej (godzina otwarcie CAR&BIKE), postanawiam jednak „zrobić przyjemność tej Austrii” i jeszcze kilka fotek jej cyknąć – ot choćby trzy…



No dobra – wracam pod warsztat, bo już za chwilę otwierają. Faktycznie – nawet nie było jeszcze dziesiątej, a z daleka już widzę że jest czynne. Wpadam uradowany do środka, aby obserwować jak idzie wymiana linki, a pan mechanik powiada, że…. „Es tut mir Leid, aber Morgen”… No nieeeeeeeeeeeeeeeeee!!!! Jak to jutro???? No przecież miała być DZISIAJ!.... Niestety dzisiaj nie da rady, dlatego, że w moim Marauderze założona jest nietypowa kierownica, a linki o odpowiedniej długości do tej kierownicy, w tej chwili na składzie w żadnej hurtowni we Wiedniu nie mają i szlus… No ja się chyba zastrzelę!... Na otarcie łez, mój rozmówca zagwarantował mi jednak, że linka jutro już będzie na bank i żebym się nie denerwował i nie martwił. Dobre sobie – już mi wczoraj gwarantował… Nie lubię Austrii… Nie lubię braku linki… Nie lubię tu dłużej być… Nie lubię od nowa się w hotelu z gratami meldować… Nie lubię się smucić i denerwować… Trzeba coś z tym fantem zrobić – no ale tak czy owak – nie mam wyboru… Wracam jednak z powrotem do „KLAUS’A”, a po chwili schodzę do baru i do końca dnia mam w nosie cały świat…


Bardzo już było późno, gdy ponownie znalazłem się w pokoiku na poddaszu…


Dzień osiemnasty – 17.06.2009

Teraz albo nigdy… Ubieram się w skóry, rozliczam z recepcjonistką i ponownie maszeruję z tobołkami do warsztatu. Już z daleka radośnie machają do mnie mechanicy z warsztatu, a więc czyżby?... Podchodzę bliżej, pytam wzrokiem „mojego pana mechanika”, a on milcząco zaprasza mnie do wnętrza warsztatu i już jestem pewien – maszyna naprawiona – huuuurrrraaaaa!!!

Nagle prysło całe dwudniowe niezadowolenie i mordaśka cieszy mi się od ucha do ucha. Znaczy się, można wracać. Pożegnanie z całą załogą CAR&BIKE trwało dobrych kilkanaście minut, ale w końcu odpalam silnik – rąsia w górę – i cała naprzód!!! Pogoda wspaniała, droga równa jak stół, w oczach błysk i radość na duszy – ufffff, jakże cudnie jest być znowu na trasie, a tym bardziej że jedzie się prosto do domu… Około dwunastej jestem już w Brnie. Ale co to? Silnik gaśnie w jednej chwili w samym centrum miasta! Tym razem padło ładowanie – nie wytrzymam… Blisko trzy godziny mi tu zeszło zanim zdołałem znaleźć i usunąć tę „usterkę”, ale na szczęście poradziłem sobie z tym problemem i mogłem ruszyć dalej – mając nadzieję, że to już ostatnia „awaria”… Ruszyłem z kopyta w kierunku Pragi. Trochę błądzenia w czeskiej stolicy (objazdy, remonty dróg itp.) ale w końcu złapałem właściwy azymut na Mlada Boleslav i dalej na Liberec. Zapadł już zmrok, gdy dojeżdżałem do Liberca, a więc musiało to już być grubo po dwudziestej drugiej.

A tu, w Libercu ostatnie już napełnianie zbiornika i właśnie na tej stacji benzynowej, spotkałem się dwoma Litwinami (kierowcami TIR-ów), którzy zostali na parkingu aby przenocować w swoich ciężarówkach. Trącali już pewnie piwka od dłuższego czasu, bo gadulce im się włączyły niemożliwe.

Na dłuższą chwilę tu do nich przycupnąłem i ubawiłem się całkiem nieźle, a przy okazji odpocząłem i nabrałem głębszego oddechu przed ostatnimi trzydziestoma kilometrami jak dzieliły mnie od Bogatyni. Wreszcie o godzinie 23.20 wjechałem na podwórko przy Nadbrzeżnej, kończąc tym samym – jakże wyjątkowo dla mnie znamienną i jednocześnie wspaniałą wyprawę roku 2009.




…Veni, Vidi, Vici...  – Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem…I tak już od siedmiu lat powtarzałem to sobie, po każdym szczęśliwym powrocie do domu… Także i tym razem wróciłem cały i zdrowy ale o ileż bardziej szczęśliwy i jak nigdy dotąd – dumny… Nie ma już takiego państwa na politycznej mapie Europy (istniejącego w latach 2003-2009), do którego nie dojechałbym na motocyklu! Wreszcie mogę wykrzyczeć te radosne słowa całemu Światu prosto w oczy!!! A zatem nastąpił zwycięski kres mojej siedmioletniej, „ekspansji motocyklowej” na Stary Kontynent  –  czyli „Ostatni zajazd na Europę” – został  dokonany…
…Dziś – kilka miesięcy po powrocie – zastanawiam się nad jednym: I cóż dalej moja DUSZO? Hmmm – dokładnie nie wiem, ale coś mi się tak po cichu wydaje, że ta powyższa relacja, to jednak nie jest jeszcze ostatni odcinek moich opowieści… Hehehehehe…





część 1 część 2 część 3 część 4 część 5


Powrót