Tadeusz Dusza
Jest
szósty marca 1962 roku. Na tyle zimno, że psa z domu nie wygoni.
Na dodatek druga w nocy. Ja jednak mam już dość czekania. Moja mama
jeszcze pełna nadziei, że na świat przyjdzie upragniona córka w
końcu zwalnia uścisk brzemienia i oto rodzę się ja - Tadek Dusza.
Trochę oszołomiony tym nagłym zajściem „spoglądam” ciekawie
na salę i ludzi, którzy mnie otaczają, myją, ważą i cieszą się,
że przyszedłem na świat jako „SŻD”. To na pewno nie była
kwestia przypadku, że to właśnie z tego związku powstałem
 |
 |
W
jakiś tajemniczy sposób rodzice przekazali mi w genach
zamiłowanie do dwóch kółek. Jeszcze dobrze nie umiałem
chodzić, a już docierałem „Żabkę” z bocznymi kółkami
(odziedziczoną po starszym bracie). Oczywiście pozdzierane kolana i
łokcie jako standard w tym wieku nie zniechęcały mnie do jazdy.
Później jazda już bez kółek (bocznych) to „bułka z
masłem”. Czas szybko mijał. Rowerki się zmieniały na coraz
większe i lepsze, aż wreszcie dostałem ten wymarzony. To była
„WILGA” . Trzy tryby z przodu, sześć z tyłu dawały
niesamowity jak na tamte czasy komfort jazdy, a był to rok 1974.
Rower
był dobry, ale jak to bywa apetyt rośnie w miarę jedzenia. I tak w roku
1976 po zakończeniu roku szkolnego z dość dobrym wynikiem dostałem
motorek czechosłowackiej produkcji „BABETTA” Mały 49 cm
silniczek o mocy 1,25 KM napędzał automatyczne sprzęgło, które
poprzez jednostopniową skrzynię biegów wprawiało pojazd w ruch
do niewyobrażalnej prędkości 35 km/h. Wtedy to jednak w zupełności
wystarczało, aby czerpać przyjemność z jazdy zwiedzając okolice
Bogatyni, a wyjazd na Złotniki Lubańskie to już była wielka wyprawa.
Motorek ten służył mi do mniej więcej połowy pierwszej klasy szkoły
średniej. Wtedy to właśnie jako szesnastolatek zdałem z wynikiem bardzo
dobrym egzamin na prawo jazdy, na kat A i B. Fascynacja motorami
nabrała już dla mnie wielkiego znaczenia. W zasadzie cały swój
wolny czas im właśnie poświęcałem. Pierwszym takim poważnym
egzemplarzem, jaki posiadałem, to było BMW R35. Niestety nie zachowały
mi się żadne zdjęcia i nie mogę się nimi dzisiaj pochwalić, ale dla
ciekawych zamieszczam przykładowe.
Motocykl
ten kupiłem w tak zwanym „worku”. Rekonstrukcja i składanie
go było dla mnie poważnym wyzwaniem. Około pól roku
później był już sprawny, przygotowany do rejestracji. Z tą
sprawą nie poszło jednak tak gładko. Brakowało bowiem jakieś adnotacji
w Urzędzie Komunikacji, a czasy były takie a nie inne sprawa nie do
załatwienia. Tak więc, wiele sobie nim nie pojeździłem. Trafiła się
okazja, że ktoś także takiego posiadał, ale brakowało mu dobrego
silnika, więc go odsprzedałem. Nie długo po tym już jako pracownik KWB
„TURÓW” (rok 1981) przejmuję w posiadanie motocykl
AWO Simson Sport ,oraz spotykam na swojej drodze dziewczynę (jak się
później okazało swoją żonę). Jej przygoda z motocyklem
również zaczęła się dość wcześnie. Mając zaledwie parę miesięcy,
wolała wysiąść ze swojego wiklinowego czterokołowca i dosiąść
pięknego JUNAKA M07.
Simson
jest na chodzie Trochę takich zabiegów upiększających tzn.
pomalowanie jakoś inaczej, osłona na przednią lampę, tylny błotnik
obcięty, kierownica na dół i w trasę. To pierwsza moja wielka
wyprawa. Wraz z kolegą na takim samym motocyklu wybraliśmy się zwiedzać
nasz piękny kraj.
Podróż,
choć trwała dosyć krótko, był już wrzesień i trochę zimno, i nie
zwiedziliśmy całej Polski to bardzo zapadła mi w pamięci, a zaraz po
powrocie już planowałem następną, w większej grupie i na większą skalę.
W tym też czasie w mojej i jeszcze dwóch innych głowach
(możliwe, że o sobie napiszą na łamach tych stron) powstała myśl
stworzenia czegoś w rodzaju Klubu Motocyklowego. I tak też się stało.
Pomysł był jak najbardziej trafiony. Chłopcy z Bogatyni i okolic szybko
podłapali temat. Lgnęli do grupy jak pszczoły do miodu. Młodsi i trochę
starsi, każdy na czym mógł.
I
znowu przyszło lato i realizacja planów. Teraz już w grupie
pięciu maszyn jedziemy dookoła Polski. Pierwszy etap kończy się nad
Soliną w Bieszczadach. Jeszcze wtedy zupełnie dzikie i mało znane dla
turystów miejsca. Znajdujemy jakieś skromne pole namiotowe,
gdzie postanawiamy się zatrzymać. Rozbijamy namioty i spędzamy parę
dni. Z Soliny jedziemy wzdłuż ściany wschodniej docierając do Janowa
Podlaskiego.
 |
 |
Tutaj
również kilka wspaniałych dni, obfitych w wiele wrażeń łącznie z
gaszeniem pożaru w sąsiednim gospodarstwie. Następny etap to Bałtyk.
Bazę zakładamy w Sarbinowie. Potem już z górki do domu
zahaczając jeszcze o Wieleń. Po powrocie wiele pracy i energii
poświęcałem na działalność naszego klubu. Organizowaliśmy zawody na
terenie naszego miasta, potem były już wyjazdy na zawody
ogólnopolskie i wreszcie na międzynarodowe. Nie małym też
przeżyciem było uczestnictwo nasze w 1987 roku na MŚ ENDURO
które, odbywało się w Jeleniej Górze. Naszym zadaniem
była obsługa punktów kontroli przejazdów, oraz
pomiarów czasów poszczególnych zawodników.
Po
MŚ nastał martwy okres zimowy. Był on akuratny do podjęcia decyzji o
kupnie czegoś większego. To było tuż przed Bożym Narodzeniem, kiedy
trafiła mi się okazja właśnie czegoś dla mnie. I kupiłem takiego M 72.
W
roku 1985 ze związku, jaki zawarłem rok wcześniej, przychodzi na świat
mój syn. Było to między innymi powodem, dla którego w
roku 1988 zmuszony byłem sprzedać motocykl i na pewien czas przesiąść
się do czterech kółek. Nawiasem mówiąc samochody też
zawsze chciałem mieć nietuzinkowe. Podejmowałem się różnych
wyzwań i z różnym skutkiem się to kończyło. Oto taka
krótka moja galeria.
Minęło
13 lat. Syn dorósł i nie stało już nic na przeszkodzie, aby
powrócić do dawnej pasji. W roku 2001 kupiłem motocykl marki
YAMAHA XV 750 Specjal. Od tego właściwie czasu każdą wolną chwilę wraz z
żoną Dorotą oraz z synem, który też posiada własny motocykl (ale
to już inna historia) spędzamy na podróżach po kraju i Europie.
W
piwnicy czeka jeszcze na odrestaurowanie AWO, do którego czuję
największy sentyment pewno z tej racji, że mam go najdłużej.
Pozdrawiam wszystkich zapaleńców i do zobaczenia na szlakach.
Tadek Dusza
|